2014/10/09

it was nothing for you, but means a lot to me




Cześć.
Konwersatorium z komunikacji społecznej zostało odwołane, postanowiłam więc w przerwie między zajęciami coś tu napisać. Cisza na blogu świadczy o hałasie w moim życiu. Przy czym, na szczęście, ów hałas przypomina bardziej eufonię niż kakofonię. 
Nie śpię.
Nie pamiętam kiedy ostatni raz obudziłam się bez nieznośnie wyjącego alarmu.
Nie narzekam, bo dobrze jest mieć po co wstawać z łóżka. Nie śpię, gdy jestem w stanie sprawić, by rzeczywistość była piękniejsza od moich snów. A jestem. Każdy jest. 
Już nie marzę. Planuję, wierząc, że wszystko może się udać.
Każda idea narodziła się po to, by znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości. 
Są problemy. Zawsze będą. Tylko od nas zależy, czy skonfrontujemy się z nimi z uśmiechem na twarzy czy łzami w oczach. 
Przeczytałam dziś bardzo ciekawy wywiad z Edem Staffordem. Oto fragment, który inspiruje mnie od dawna, choć aż do teraz nie miałam o tym pojęcia: 

"Im mniej używasz złożonego umysłu tym bardziej jesteś obecny we własnym życiu." 


Tworzenie tych kilku akapitów to moment oddechu w środku najbardziej intensywnego etapu w moim życiu. Nie potrafię usiedzieć w miejscu, wciąż szukam sobie dodatkowych zajęć. Biegam pomiędzy uczelnią a pracą, znajdując czas na (wciąż amatorskie) dziennikarstwo muzyczne, koncerty i wyjścia ze znajomymi. Ciągle jestem gdzieś spóźniona, lecz przyjemnie wiedzieć, że ktoś na ciebie czeka. Zamiast kawy energii dodaje mi bananowe smoothie z masłem orzechowym. To jedyny powód, dzięki któremu udaje mi się wszystko ogarnąć. Naprawdę.

Wczoraj byłam na wyjątkowym koncercie, nie mogę więc powstrzymać się od wspomnienia o tym wieczorze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio (i czy kiedykolwiek) jakiś polski artysta tak bardzo zachwycił mnie na żywo. Słowo "artysta" zostało użyte celowo, bo Peter J. Birch to nie muzyk, wokalista czy instrumentalista. Fotografia na początku wpisu to oczywiście jego zdjęcie.
Piotrek już samym pojawieniem się na scenie tworzy niezwykle intymny klimat. Jest tylko on, gitara akustyczna i kilka harmonijek. Każdy utwór wykonuje inaczej niż w oryginale, pozwalając sobie na mniejsze lub większe eksperymenty i improwizacje. Brzmi niesamowicie światowo, raz niczym Jeff Buckley, za chwilę jak grungowy idol. Jest w stanie zaśpiewać absolutnie wszystko, stylowo, czysto i perfekcyjnie, w taki sposób, że mam gęsią skórkę na całym ciele. Cieszę się, że dane mi było nie tylko go usłyszeć, ale także z nim porozmawiać.



Choć tak pięknie mówi się o Peterze, najlepiej się go słucha. Wystarczy zatem słów. Jeśli zaś chodzi o bloga, nie przewiduję regularnych postów. W najbliższym czasie pojawi się ich jednak kilka, między innymi wpis o najważniejszych dla mnie lekturach tegorocznych wakacji. 
Fajnie, że wciąż tu zaglądasz :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz