2014/10/31

a reader lives a thousand lives before he dies


Dziś co nieco o książkach, które zrobiły mi wakacje. A przeczytałam ich wtedy naprawdę sporo. Od momentu zakończenia matur nie było dnia bez lektury. Większość pochłonęłam za jednym razem, bez odrywania się. Z kubkiem kawy na balkonie. Popijając koktajl na leżaku pod drzewem. W łóżku, wannie, samochodzie, tramwaju. Nagle pięćset stron pozostawiałam za sobą. Pochłonęłam wiele tomików poezji i zbiorów opowiadań oraz wspaniale skonstruowanych powieści. Poniżej znajdziesz te, które już zawsze kojarzyć mi się będą z minionym latem. Pozycje, które wzruszając i niepokojąc jednocześnie zmieniły mnie bezpowrotnie.


Niech wola nieba sprawi, żeby czytelnik, nabrawszy odwagi i stając się na pewien czas tak wściekły jak to, co właśnie czyta, znalazł nie błądząc swoją drogę stromą i dziką wśród bagnistego pustkowia tych kart posępnych i pełnych trucizny, bo jeżeli podczas lektury nie okaże nieubłaganej logiki i napięcia myśli co najmniej dorównującego jego nieufności, śmiertelne wyziewy tej książki przesycą jego duszę jak woda cukier. 
Comte de Lautréamont - Pieśni Maldorora

Nigdy nie dowiemy się, kim tak naprawdę był Isidore Ducasse, ukrywający się pod pseudonimem Lautréamont. Wiele wskazuje na to, że schizofrenikiem, który popełnił samobójstwo w wieku 24 lat. Ale czy na pewno? 
Nie wiadomo, w jakim stopniu jego ekshibicjonistyczna twórczość ma charakter autobiograficzny. Czy jest to świadectwo choroby psychicznej, czy raczej bulwersującego geniuszu. Jedno jest pewne - jego najbardziej kontrowersyjne dzieło długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Niektóre fragmenty czytałam kilkukrotnie, nie mogąc uwierzyć, że coś takiego powstało w XIX wieku. Wyobraź sobie ekscentryczne połączenie Wielkiej Improwizacji z nadrealizmem, dodaj odrobinę nihilizmu i oniryzmu, a otrzymasz Pieśni Maldorora. Lautréamont nie uznaje półśrodków. Jego sztandarowe dzieło wywołuje bardzo silne emocje, wobec których ludzka natura się buntuje. Autor z niezwykłą bezpośredniością szydzi z oporu czytelnika wobec tak ogromnego stężenia zła, agresji, bluźnierstw, szaleństwa i okrucieństwa godnego Sade'a. Pieśni Maldorora to ironiczna parodia moralności, mocno wpływająca na psychikę. Zdecydowanie nie jest to niezobowiązująca lektura do poczytania w letnie wieczory. Dla tak plastycznej poetyki warto jednak zrobić wyjątek.

Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni.
Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.
Carlos Ruiz Zafon - Marina

Nie jest to jedyna powieść Zafona, z którą miałam okazję zapoznać się w te wakacje. Postanowiłam wyróżnić właśnie ją, bo nigdy nie zapomnę rzeczy, które przyśniły mi się tuż po jej przeczytaniu. Łzy spływały mi po policzkach jeszcze długo po przewróceniu ostatniej kartki. Żałowałam, że muszę powrócić z przepięknej Barcelony do rzeczywistości. Jestem wieczną fanką drobiazgowych opisów i nuty niedopowiedzenia, charakteryzujących dzieła Zafona. 
Marina jest ulubionym dziełem samego autora. To niepokojąca opowieść o czarnych motylach i wieczności. Bardzo osobista, mroczna, trzymająca w napięciu. I choć narracja prowadzona jest z punktu widzenia nastolatka, bynajmniej nie oznacza to, ze jest to książka skierowana wyłącznie do młodych ludzi.

Samotność przypomina uczucie, które ci towarzyszy, kiedy w deszczowy wieczór stajesz przy ujściu ogromnej rzeki i patrzysz, jak wpada do morza. Zrobiłeś kiedyś coś takiego? Stanąłeś przy ujściu ogromnej rzeki i patrzyłeś, jak wpada do morza?
Haruki Murakami - Sputnik Sweetheart

Murakami to jeden z moich ulubionych pisarzy. Uwielbiam jego styl, wspaniałą metaforykę i to, że większość dialogów zawartych w jego powieściach zasługuje na to, by nauczyć się ich na pamięć. Sputnik Sweetheart spodobał mi się jeszcze bardziej niż Na południe od granicy, na zachód od słońca. To przepięknie opowiedziana historia, traktująca o odmienności potrzeb, samotności i procesie tworzenia, jednostkach uwikłanych w wir nieodwzajemnionych uczuć. 
Niesamowita, oderwana od rzeczywistości powieść pozostawia dużo przestrzeni dla czytelnika. Sputnik Sweetheart jest bardzo uniwersalną książką, pozwalającą zdystansować się wobec śmiertelnej powagi otoczenia. To jedna z tych lektur, które na zawsze zmieniają sposób patrzenia na świat. Przypomina, że bumerang, który wraca, nigdy nie jest tym, który rzuciliśmy.

Niech pamiętają zawsze, że przeszłość jest kłamstwem, że pamięć nie zna dróg powrotu, że cała dawna wiosna jest nie do odzyskania i że najbardziej płomienna i uparta miłość jest tylko prawdą efemeryczną.
Gabriel García Márquez - Sto lat samotności 

Mówi się, że Márqueza albo się kocha, albo nienawidzi. Ja należę do tej pierwszej grupy. Mając za sobą niejedną jego powieść, śmiało mogę powiedzieć, że z pewnością nie są one dla każdego. Podczas lektury dzieł tego pisarza należy przedrzeć się przez stos niemożliwości, by odnaleźć coś ponadczasowego, przesłanie potrzebne nam w danym momencie. Niestety, sporo osób wciąż myli realizm magiczny Márqueza z heretycznym mistycyzmem w stylu Coelho... 
Musiał nadejść lipiec, bym wreszcie sięgnęła po coś, czego lekturę odkładałam "na później" od wielu lat. Sto lat samotności, czyli w żaden sposób nieumiejscowiona w czasoprzestrzeni opowieść, w której fikcja miesza się z rzeczywistością. To książka, która żyje swoim życiem. Ona po prostu jest. Nie wolno starać się jej zrozumieć. Pełna nieszczęść i plag historia wielopokoleniowej rodziny, skażonej fatum kazirodztwa i piętnem odosobnienia. Baśń o karmelowych zwierzątkach i złotych rybkach w domu obłąkanych. Trudno nie pogubić się we wprowadzanych postaciach, przejmujących nie tylko imiona przodków, ale także ich cechy charakteru. Niełatwo również odnaleźć się w misternie skonstruowanych zdaniach – moje ulubione zajmuje 83 wersy i w dodatku kończy się wielokropkiem.
To chyba najbardziej znana powieść Márqueza, którą warto się zainteresować chociażby dla samej puenty. Uświadomienie sobie, że czas nie mija, lecz kręci się w kółko, jest dosyć przełomowym odkryciem. Sto lat samotności to wyjątkowo nieoczywista lektura, do której z pewnością wrócę za kilka lat. Jestem pewna, że pozostało w niej dla mnie jeszcze sporo do zrozumienia.

Żadne życie nie może ulec zmianie, nie zmieniając jednocześnie życia innych istot.
Fred Bodsworth - Odmieniec 

Wisienką na torcie postanowiłam uczynić magiczną opowieść o man-tay-o. Gdy czytałam ją w przychodni, stała się tematem miłej pogawędki z przechodzącym lekarzem. Książka, która dzięki niespotykanemu nastrojowi natychmiast wciągnęła mnie do swojego świata, skłaniając do uporządkowania hierarchii priorytetów. Bo czy wybór pomiędzy wymarzoną, budowaną przez lata karierą a idealistycznym uczuciem, na którego rozkwit nigdy nie przyzwoli zawikłana rzeczywistość, to w ogóle jakiś wybór? Jak długo można ignorować kołaczącą się z tyłu głowy myśl o opuszczeniu strefy komfortu i wyfrunięciu na zachmurzone, pełne niebezpiecznych porywów wiatru niebo? Czy można zapomnieć o pragnieniu, które coraz intensywniej domaga się ziszczenia? 
Powinnam teraz napisać, że Odmieniec odpowiada na te i inne pytania.
Skłamałabym. Nikt nie zrobi tego za nas samych.


2014/10/09

it was nothing for you, but means a lot to me




Cześć.
Konwersatorium z komunikacji społecznej zostało odwołane, postanowiłam więc w przerwie między zajęciami coś tu napisać. Cisza na blogu świadczy o hałasie w moim życiu. Przy czym, na szczęście, ów hałas przypomina bardziej eufonię niż kakofonię. 
Nie śpię.
Nie pamiętam kiedy ostatni raz obudziłam się bez nieznośnie wyjącego alarmu.
Nie narzekam, bo dobrze jest mieć po co wstawać z łóżka. Nie śpię, gdy jestem w stanie sprawić, by rzeczywistość była piękniejsza od moich snów. A jestem. Każdy jest. 
Już nie marzę. Planuję, wierząc, że wszystko może się udać.
Każda idea narodziła się po to, by znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości. 
Są problemy. Zawsze będą. Tylko od nas zależy, czy skonfrontujemy się z nimi z uśmiechem na twarzy czy łzami w oczach. 
Przeczytałam dziś bardzo ciekawy wywiad z Edem Staffordem. Oto fragment, który inspiruje mnie od dawna, choć aż do teraz nie miałam o tym pojęcia: 

"Im mniej używasz złożonego umysłu tym bardziej jesteś obecny we własnym życiu." 


Tworzenie tych kilku akapitów to moment oddechu w środku najbardziej intensywnego etapu w moim życiu. Nie potrafię usiedzieć w miejscu, wciąż szukam sobie dodatkowych zajęć. Biegam pomiędzy uczelnią a pracą, znajdując czas na (wciąż amatorskie) dziennikarstwo muzyczne, koncerty i wyjścia ze znajomymi. Ciągle jestem gdzieś spóźniona, lecz przyjemnie wiedzieć, że ktoś na ciebie czeka. Zamiast kawy energii dodaje mi bananowe smoothie z masłem orzechowym. To jedyny powód, dzięki któremu udaje mi się wszystko ogarnąć. Naprawdę.

Wczoraj byłam na wyjątkowym koncercie, nie mogę więc powstrzymać się od wspomnienia o tym wieczorze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio (i czy kiedykolwiek) jakiś polski artysta tak bardzo zachwycił mnie na żywo. Słowo "artysta" zostało użyte celowo, bo Peter J. Birch to nie muzyk, wokalista czy instrumentalista. Fotografia na początku wpisu to oczywiście jego zdjęcie.
Piotrek już samym pojawieniem się na scenie tworzy niezwykle intymny klimat. Jest tylko on, gitara akustyczna i kilka harmonijek. Każdy utwór wykonuje inaczej niż w oryginale, pozwalając sobie na mniejsze lub większe eksperymenty i improwizacje. Brzmi niesamowicie światowo, raz niczym Jeff Buckley, za chwilę jak grungowy idol. Jest w stanie zaśpiewać absolutnie wszystko, stylowo, czysto i perfekcyjnie, w taki sposób, że mam gęsią skórkę na całym ciele. Cieszę się, że dane mi było nie tylko go usłyszeć, ale także z nim porozmawiać.



Choć tak pięknie mówi się o Peterze, najlepiej się go słucha. Wystarczy zatem słów. Jeśli zaś chodzi o bloga, nie przewiduję regularnych postów. W najbliższym czasie pojawi się ich jednak kilka, między innymi wpis o najważniejszych dla mnie lekturach tegorocznych wakacji. 
Fajnie, że wciąż tu zaglądasz :)