2014/06/12

no mythologies to follow on the glass pathways




W ojczyźnie wszystkich snów i uniesień nie ma nic, tylko wierzchołki drzew.
Po marmurowym bulwarze snuje się jedynie powietrze o barwie bulionu. 
Przemoknięte kwiaty w spustoszonych ogrodach wspominają bezład przechadzek kobiet dawnych malarzy. Karminowe draperie zastąpiły pnące winogrona. Fale bez okrętów rozbijają się o coraz bardziej betonowe chodniki, pełne zastygłych cieni postaci.
Zrozumiałam, że oni wszyscy są ludźmi z moich przyszłych książek.
Rozsunęłam wtedy, jedną po drugiej, wszystkie zasłony.
Rzeczy się dzieją. Będzie, co ma być.

Dziś bez cytatu, choć nigdy wcześniej nie pragnęłam przytoczyć tak wielu fragmentów. Moje nasłonecznione myśli dryfują od Rimbauda do Apollinaire'a, nie mogąc nigdzie znaleźć bezpiecznej przystani. Podzielę się zatem dwiema dźwiękowymi pocztówkami z bezsennych nocy. Jeśli chodzi o wpływ pełni księżyca na moje samopoczucie, nic się nie zmieniło. Scenariusz, o którym pisałam tutaj prawie rok temu, powtarza się regularnie. 
Niemal każdego wieczoru zapętlam dwa krążki, w których od dłuższego czasu jestem absolutnie zakochana. Mój pierwszy towarzysz to kanadyjski band Karkwa i ich czwarty longplay. Nie przepadam za językiem francuskim. Nie mam pojęcia, o czym śpiewa wokalista. I nie chcę wiedzieć, skoro tak dobrze mi to robi. Do tego marcowy debiut duńskiej artystki MØ. Koniecznie w wersji deluxe, zawierającej magiczne, nocne aranżacje najlepszych kawałków. 
A więc Louis-Jean i Karen Marie. Duet idealny.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz