2014/03/06

he's a man who likes playing the guitar


Kiedy tylko usłyszałam My name is wind, singiel zapowiadający krążek Dreamers, gdzieś w środku narodziły się ogromne oczekiwania. Na 24 dni przed premierą roboczy tytuł tej recenzji brzmiał "debiut roku". Dziś, gdy od długo wyczekiwanego 3. marca minęły trzy doby, śmiało mogę stwierdzić, że owo wyróżnienie było całkowicie uzasadnione.


Alternatywny debiut to ciężka sprawa. W dzisiejszym świecie, gdy tak trudno jest się wybić, młodzi artyści często zmuszeni są do korzystania z półśrodków. Nierzadko wypuszczają albumy, z których nie są do końca zadowoleni, publikując je pod wpływem emocji, gdy tylko nadarzy się okazja. Krytycy prześwietlają owe wydawnictwa, na siłę doszukują się inspiracji, by dopasować muzyka do ikony danego gatunku. W ten sposób rodzą się polscy Jeff Buckley i Dolores O' Riordan, współcześni The Beatles czy rodzimi Franz Ferdinand. Takich łatek trudno jest się później pozbyć i nawet jeśli stworzyło się coś od początku do końca samodzielnie, jest się obarczonym krzywdzącymi porównaniami do legend. 

Na szczęście, przypadek Daniela jest wyjątkowy. Na postawie Dreamers nie sposób go zaszufladkować, szczególnie dzięki głębokiemu, niskiemu wokalowi, będącemu unikatem na światową skalę. Moje daleko idące skojarzenia dryfują więc w różne strony - od Nicka Cave'a i Eddiego Veddera ze ścieżki dźwiękowej do 'Into The Wild', przez Briana Fallona, frontmana The Horrible Crowes, po Brada Robertsa czy The xx.
Zresztą, nie podchodzę do tego krążka jak do debiutu. Pierwsze wydawnictwo jest zwykle niedojrzałe, niedopracowane, często nie do końca przemyślane. Tu natomiast mamy do czynienia z dziełem artysty w pełnym tego słowa znaczeniu, który stworzył materiał niesamowicie świadomy, reprezentujący najwyższy poziom. Wszystkie teksty i muzykę napisał sam Daniel, a ich idealnym dopełnieniem jest minimalistyczna oprawa graficzna albumu. Jej autorką jest Weronika Izdebska, która zajęła się także nakręceniem świetnego klipu do pierwszego singla z płyty. Wspomniana prześliczna studentka architektury w wolnym czasie zajmuje się tworzeniem klimatycznych fotografii. Z tego miejsca odsyłam cię do jej bloga (ovors.blogspot.com), gdyż trzeba przyznać, że stanowią razem z Danielem udany duet.



Czas jednak przedstawić bohatera tej recenzji. Daniel Spaleniak to młody, bo zaledwie 21-letni kaliszanin. Student dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Łódzkim muzykowaniem zajmuje się od 16 roku życia. Jego debiutancki krążek oscyluje wokół akustycznego indie rocka, zahaczając o klimaty singer/songwriterskie, folkowe czy bluesowe. W wielowarstwowe kompozycje gdzieniegdzie wplecione są instrumentalne improwizacje. To mroczny i dynamiczny materiał, opierający się głównie na gitarach, zrytmizowany dzięki perkusji i efektom.

Melodie emanują skandynawskim dystansem i chłodem, choć nie brak im impresyjnego charakteru. Trudno rozpatrywać je oddzielnie, gdyż tworzą nierozłączną, naturalnie zapętlającą się całość. To jedna z tych płyt, których nie można potraktować wybiórczo, na zasadzie kilku przebojów i pozostałych zapychaczy. Weźmy na przykład pierwszy utwór, instrumentalny Black Notebook. Choć odtwarzałam go bez przerwy, kilkanaście razy pod rząd, miałam wrażenie, że słucham rozwijającej się opowieści. Na tym właśnie polega fenomen tego albumu, który jest swoistą paletą brzmień, odpowiedzialną za całą gamę nastrojów. 
Warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki subtelne dźwięki płynnie przechodzą w mocniejsze riffy (Full package of cigarettes). Moje serce należy do House on fire - kawałka, w którym rozmyty, zmysłowy głos buduje niepowtarzalną, transową aurę. Przepadam również za najdłuższą na płycie, senną, melancholijną kompozycją Story about a man who's all alone. Pod względem warstwy tekstowej natomiast najbardziej urzekł mnie utwór Why. Nie miałam pojęcia, że pytania o kolor nieba i spadające gwiazdy mogą brzmieć tak lirycznie.


Przesłanie całego krążka idealnie odzwierciedla tytuł singla My name is wind. Twórczość Daniela jest jak wiatr - dociera głęboko, porusza, nie pozostawia obojętnym. Te lekkie, refleksyjne melodie są znakomitymi towarzyszami mniej lub bardziej odrealnionych spacerów. Brzmią tak, jakby artysta odnalazł je zakopane gdzieś pomiędzy wiekowymi drzewami, w samym środku magicznego, nietkniętego cywilizacją lasu. Wystarczy, że zamknę oczy, a już przeżywam wschód słońca, siedząc na nadmorskim klifie. Otaczają mnie pastelowe kolory, zanurzone w kojąco chłodnym powietrzu. Powoli opada mgła, osiadając na moich włosach i pokrytym gęsią skórką ciele. Krzyżuję ramiona, naciągając na nie wełniany kardigan. Znoszone buty zagrzebuję w piasku, noszącym ostatnie wyblakłe ślady odcisków stóp zostawionych nocą. Słyszę wyłącznie delikatny szum fal, rozbijających się o łagodny brzeg. Znajduję się tam, gdzie wszystko ma swój początek i koniec. W miejscu narodzin i śmierci wszelkich nadziei. 
Jedyną wadą tego materiału jest jego długość. Po niespełna czterdziestu minutach niezwykle przyjemnego obcowania z krystaliczną formą sztuki chciałoby się więcej. Czasami jednak tych 12 utworów i przycisk replay oznacza wieczność. Bo przecież na klifie jest zawsze coś nowego do odkrycia. Nie ma dwóch takich samych fal.


3 komentarze:

  1. Znam Daniela osobiście od wielu lat i muszę przyznać że jest to uroczy młody człowiek :)

    OdpowiedzUsuń