2014/02/10

the best of 2013 in (polish) music - part two


Nadszedł czas na kontynuację muzycznego podsumowania 2013 roku. O moich perełkach stycznia, lutego, marca i kwietnia możecie przeczytać tutaj. Wkrótce pojawi się trzecia, ostatnia część, a później będzie tylko piękniej. Na początku marca ruszam z nowościami. Szykuję recenzję męskiego debiutu, wobec którego mam ogromne oczekiwania. I chociaż do premiery tego wydawnictwa zostało jeszcze kilka tygodni, coś mi mówi, że będzie walczyło o tytuł albumu roku. 


MAJ 

Rebeka - Hellada 


Gazeta Wyborcza okrzyknęła Helladę polskim albumem roku. I choć dla mnie ten zaszczytny tytuł należy się innemu krążkowi, owo wydawnictwo przypadło mi do gustu już przy pierwszym przesłuchaniu. 
Rebeka była początkowo solowym projektem Iwony Skwarek. Z czasem wokalistka połączyła swe siły z producentem Bartoszem Szczęsnym, znanym m.in. ze współpracy z Kamp!. Efektem ich działań miał być "eksperyment z emocjami, pięknem i brudem". 
Cel został osiągnięty w stu procentach. Hellada to dynamiczne, różnorodne kompozycje, składające się na przyjemną dawkę nieoczywistej energii. Znajdziemy tu zarówno przesycone elektroniką, przebojowe momenty (Knife in The Heart), jak i improwizacyjne, odrealnione kawałki (Unconscious). Na krążku znalazło się również miejsce na melancholijną balladę pt. War oraz rozkołysane, niepozbawione dramaturgii Nothing To Give. Warto zwrócić uwagę na to ciekawe połączenie klawiszy, analogowych syntezatorów i porywającego wokalu.




Myslovitz - 1.577


Gdy ktoś pyta, dlaczego nigdy nie próbowałam ubrać w słowa własnej opinii na temat żadnej z płyt mojego ukochanego bandu, zawsze odpowiadam słowami Piotra Stelmacha, bowiem "trudno recenzować płytę zespołu, którego jest się najgorszym krytykiem na świecie". Jako że niemal od urodzenia jestem ortodoksyjnym fanem Myslo, niełatwo jest mi posługiwać się ciągiem przyczynowo-skutkowym, doszukiwać mankamentów w materiale będącym kontynuacją albumów, które zasadniczo ukształtowały moją osobowość. Nie pomaga również to, że w myślach tkwią wciąż żywe wspomnienia przeróżnych rozmów z muzykami, którzy podczas spotkania twarzą w twarz okazali się być ciepłymi, przyjaznymi ludźmi o wielkich serduchach.

Nie będę pisać o zmianie w składzie grupy. Taka decyzja Artura była do przewidzenia dla osób będących na bieżąco z relacjami pomiędzy członkami zespołu. Zresztą, w mojej płytotece zawsze było miejsce na wszystkie poboczne projekty mysłowiczan, dlatego też nie mam żadnego problemu z tym, że oprócz świetnego 1.577 usłyszę wkrótce solowy album Rojka. Za dogmat należy więc przyjąć fakt, że pokochałam Michała od pierwszego koncertu. Świeżość i nowa jakość wniesiona przez niego przyczyniła się do powstania jednego z najlepszych krążków w dyskografii Myslo. Po melancholijnym Nieważne jak wysoko jesteśmy... przyszedł czas na pełniejsze odzwierciedlenie niepowtarzalnej koncertowej energii, często nieobecnej na studyjnych wersjach albumów.
Każdy z 1.577 dźwięków jest dowodem na to, że chłopaki odbierają na tych samych falach. Weźmy na przykład Telefon. To nie jest piosenka roku. To utwór XXI wieku i pozostanie nim co najmniej do czasu, gdy panowie wydadzą drugi album z Michałem. Zresztą, na tym krążku nie ma słabszych momentów. Warto było czekać na każdy utwór, okraszony charakterystycznym, brytyjskim brzmieniem, do którego przyzwyczaili nas muzycy. 
1.577 to przełom. Wśród niemałych dokonań Myslovitz nie ma takich kawałków jak singiel Wszystkie zawsze ważne rzeczy, finałowe Być jak John Wayne  czy Koniec Lata, będący dla mnie najciekawszą kompozycją na całym albumie. Ogromnym sentymentem darzę także oba Jakie to kolory?, dzięki zapadającym w pamięć, poetyckim tekstom. 
Cudnie słucha się tego albumu nocą w samochodzie, wracając z kolejnego występu Myslovitz, na którym znów nie obeszło się bez ciarek przebiegających wzdłuż kręgosłupa i łez w oczach. Każdy jakieś miejsce ma, a moje jest na koncertach tego zespołu.





Dawid Podsiadło - Comfort and Happiness



Być może zabrzmi to dość tajemniczo, ale mogę śmiało powiedzieć, że muzyka Dawida przynosi mi szczęście. Moja recenzja jego debiutu znajduje się już na blogu (klik). 
Ta euforyczna opinia jest wciąż aktualna. Z perspektywy czasu mogę dodać, że materiał równie świetnie sprawdza się na koncertach. Nie ma tygodnia, bym nie wróciła do tego krążka.






CZERWIEC 

Fismoll - At Glade


To dzieło stworzone z myślą o eskapistach. Najbardziej docenią je ludzie silnie odczuwający, nieprzystosowani do rzeczywistości. Ci, którzy każdego dnia marzą o ucieczce od codzienności i przeniesieniu się na magiczną polanę, znajdującą się niedaleko osiedla Fismolla, gdzie powstawały te niezwykłe, inspirowane naturą kawałki.  

Arkadiusz Glensk to poznaniak o skandynawskich korzeniach, obdarzony ogromnym talentem i niespotykaną wrażliwością. Muzyką zajmował się od dawna. Po kilku latach odtwarzania nut podczas zajęć w szkole muzycznej zapragnął czegoś więcej. Zaczął tworzyć muzykę opartą na własnych emocjach, zapominając o chłodnej, powtarzalnej kalkulacji. Dzięki przepięknym coverom publikowanym na Youtube odkryłam go zarówno ja, jak i Robert Amirian. At Glade to kolejne genialne wydawnictwo jego labelu. Wszechstronnie uzdolniony Fismoll nie mógł trafić pod lepsze skrzydła. Robert postawił na jego drodze najbardziej odpowiednich ludzi - począwszy od Mandy Parnell, która zajęła się masteringiem debiutanckiego albumu Arka. To spore wyróżnienie dla Polaka, bowiem odpowiada ona za brzmienie artystów takich jak m.in. Björk, Sigur Rós, Feist czy Depeche Mode. 
Jestem pewna, że ten album zmienił muzyczny świat wielu moich rodaków. Polska potrzebuje takich właśnie reprezentantów. Szlachetnej, wysmakowanej sztuki, klimatycznych aranżacji na światowym poziomie. At Glade to świetny, dojrzały debiut, dzięki któremu Fismoll dotarł do szerszej publiczności. To przepięknie skomponowana opowieść o uczuciach, pełna porażającej ciszy i elektryzującego spokoju. Z pewnością zachwyci fanów ciepłych, eterycznych dźwięków w stylu Bona Ivera, Damiena Rice'a  czy Iron & Wine. 
Nie jestem w stanie wyróżnić żadnego utworu. Dla Arka najważniejszy jest Song Of Songs, do którego tekst napisał Robert Amirian, choć do tej pory wokalista odnajdywał się wyłącznie w interpretacji własnych słów. Wszystkie kompozycje tworzą zachwycającą, spójną całość, od której nie sposób się oderwać. Choć nic tak cudownie nie kołysze do snu jak oniryczny głos Fismolla, bardzo ucieszyła mnie wiadomość o planach artysty. Marzy on o tworzeniu muzyki filmowej i wydaje mi się, że ma do tego idealne predyspozycje. 




Natalia Natu Przybysz - Kozmic Blues: Tribute To Janis Joplin


Tej artystki nie muszę nikomu przestawiać. Natalia Przybysz funkcjonuje na polskim rynku muzycznym nie od dziś. Znamy ją chociażby z rodzinnego projektu Sistars oraz solowych wydawnictw. Jej najnowszy album został stworzony w hołdzie dla Janis Joplin, ikony muzyki lat 60. Kozmic Blues to świetne covery, będące dowodem nieśmiertelności kultowych kompozycji. Natalia nadała im lżejsze brzmienie, tworząc soulowe interpretacje bluesowych hitów. Artystce należy się wielki plus za to, że zaaranżowała je po swojemu, dzięki czemu fani Janis nie muszą obawiać się profanacji. Natu nie próbuje konkurować z genialnym pierwowzorem. Dzięki świetnemu warsztatowi i klasycznemu frazowaniu stworzyła wpadającą w ucho, rhythm'n'bluesową wersję popularnych szlagierów. Pokochałam pełne ciepła i siły, hipnotyzujące Kozmic Blues, To Love Somebody oraz Maybe
Przybysz postanowiła zawrzeć na krążku również jeden autorski utwór, zatytułowany Niebieski. Trudno nie dostrzec nawiązania do angielskiej nazwy białego soulu (blue-eyed soul). I choć Natalia nie jest autorką legendarnych kompozycji, w dalszym ciągu jest to kawał dobrej, aranżacyjnej roboty. 





LIPIEC 

Lilly Hates Roses - Something To Happen


Nienawidząca róż Lilly to poznańsko-toruński duet, który może pochwalić się dwuipółminutowym debiutem radiowym w amerykańskiej rozgłośni KEXP. Kasia Golomska i Kamil Durski zostali zauważeni przez cały świat, podpisali kontrakt płytowy i wygrali prestiżowy konkurs. Zagrali mnóstwo koncertów, w kraju i za granicą, na Open'erze i m.in. z Dawidem Podsiadło. Wszystko dzięki pierwszej wspólnie nagranej piosence - magicznej, chilloutowej kompozycji, która już od pierwszych sekund nastraja pozytywną energią (Youth).

Jego przygoda z muzyką zaczęła się od Nevermind, kultowego albumu Nirvany, który pożyczył od kolegi w wieku 12 lat. Fascynacja klasyką grunge'u poskutkowała zamiłowaniem do gitary. Ona zaczęła śpiewać już jako siedmioletnia dziewczynka. Razem stworzyli własny, intymny świat. Najlepiej brzmią, gdy śpiewają jednocześnie, zachwycając harmonijnym połączeniem ciepłych głosów. 
Teksty i muzyka są dziełem Kamila. Opowiadają o uczuciach w naturalny, nieprzekombinowany sposób. Utrzymane są w akustycznym, indie-folkowym klimacie. Para śpiewa głównie w języku angielskim, choć po polsku radzą sobie równie dobrze. Dowodem na to jest przepiękny kawałek Kto jeśli nie my?, który urzeka zapętlającym się fragmentem: "bo kto, jeśli nie my, i gdzie, jeśli nie tu, i z kim, jeśli nie z tobą, i kiedy, jeśli nie już". Na wspomnienie zasługuje także finalny, minimalistyczny utwór, który ma w sobie coś z nierzeczywistego marzenia sennego (Bridgets, Tickets and Old Relatives). 
Do Something To Happen wracam zawsze wtedy, gdy potrzebuję odpoczynku i wyciszenia. A to oznacza, że robię to bardzo często. Tym bardziej, że produkcją albumu zajął się Maciej Cieślak (Ścianka, Lenny Valentino), a masteringiem Andrzej Smolik. 




SIERPIEŃ 

Ocean Of Noise - Ocean Of Noise


Projekt młodego twórcy rozkwitł dzięki stypendialnemu wsparciu prezydenta Białegostoku. Do współpracy przy debiutanckim krążku Rafał Konopka zaprosił nieprzypadkowych artystów polskiej sceny alternatywnej, którzy stworzyli słowa do dema czekającego od dawna na opublikowanie. Szczerze mówiąc dziwię się, że o tym wydawnictwie nie zrobiło się głośniej. Tym bardziej, że dzięki bogatemu, ambitnemu brzmieniu, kreującemu przeróżne nastroje, reprezentuje ono najwyższy światowy poziom. To niezaprzeczalnie jeden z najlepszych i najbardziej niedocenionych albumów minionego roku. 
Rafał skontaktował się między innymi z frontmanem Much. Michał Wiraszko zaśpiewał w jedynych w języku polskim i jednocześnie najbardziej niepokojących kawałkach (June  i 200). Gościnnie wystąpił także Piotrek Brzeziński, znany szerzej jako Peter J. Birch. W utworze z noise'owym outro (Syntagmatic Relations) pokazał swą intrygującą, radioheadową stronę. Absolutnymi perełkami są ciepłe piosenki z udziałem Magdaleny Nowety, będące wyjątkowo udanym połączeniem kobiecej subtelności ze stopniowanym napięciem brzmieniowym (I Want You, All I Want To Say). Na uwagę zasługuje także ballada Suicide z Piotrem Zalewskim oraz eksperymentalne Disastrous, stworzone z pomocą Marty Trusewicz. 
Ocean Of Noise jest stylowym, dopracowanym krążkiem, pełnym unikatowych kompozycji. Dzięki owocnej współpracy kreatywnych muzyków powstał dźwiękowy kalejdoskop, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz