2014/01/09

the hobbit: the desolation of smaug


Na początek roku krótka recenzja drugiej części adaptacji powieści J.R.R. Tolkiena.
Z punktu widzenia laika, subiektywnie i z przymrużeniem oka, wyjątkowo nie siląc się na profesjonalizm. 

Po świętach zrodził się pomysł, żeby udać się do kina. Wybór był prosty. Jako że Bilbo Baggins chyba wszystkim niemalże wyskakiwał z lodówki, kilka godzin przed projekcją zarezerwowaliśmy sześć ostatnich biletów. Wybraliśmy dzień po premierze, żeby uniknąć tłumów. Nie udało się. 
"Pustkowie Smauga" nie zachwyciło mnie, ale też nie zawiodło. To naturalne, gdyż nie miałam wobec tego filmu najmniejszych oczekiwań. Fantasy to nie moja bajka. Jest niczym przeciwny biegun. Zupełnie nie trafia w moją wrażliwość. Zamiast uciekać od rzeczywistości w tolkienowski mistycyzm, pełen mniej lub bardziej nieestetycznych upostaciowań wszelkich słabości i ludzkich przywar, wolę doszukiwać się w otoczeniu tych wszystkich przejawów piękna i brzydoty, oznak dobra i zła. Mimo to przyznaję, że to naprawdę solidna, stworzona ze sporym rozmachem produkcja, która bez wątpienia należy się licznym fanom Tolkiena. 
Celem ekranizacji powieści powinno być zachęcenie odbiorcy do sięgnięcia po utwór będący inspiracją do nakręcenia filmu. Również odbiorcy tak sceptycznie nastawionego jak ja. Czy więc ów wysokobudżetowy wytwór kinematografii zaintrygował mnie do tego stopnia, bym zapoznała się z dziełem literackim? Nieczęsto to powtarzam, ale nie. Szczególnie po doświadczeniu wielokrotnych prób przebrnięcia choć przez pierwszą część "Władcy Pierścieni". W końcu to klasyka fantasy, a prawdziwy humanista to człowiek wszechstronny. To nie tak, że w mojej biblioteczce nie ma miejsca na coś więcej prócz tomików poezji lingwistycznej, twórczości poètes maudits, literatury hiszpańskiej czy poruszających opowieści o życiu na rewolucyjnej Kubie. Nie lubię jednak męczyć się, robiąc coś, co z definicji ma sprawiać przyjemność. Odłożyłam zatem książkę zaraz po tym, gdy pobiłam życiowy rekord częstotliwości przysypiania podczas lektury.
"Drużyna Pierścienia" skutecznie zniechęciła mnie do dalszego zagłębiania się w reprezentowany gatunek. Wierzę, że nie odnalazłam jeszcze twórcy, który byłby w stanie pokazać mi wykreowany przez siebie świat w taki sposób, że chciałabym zostać w nim na zawsze. Jeśli chodzi natomiast o Hobbita, z pewnością wybiorę się do kina na ostatnią część, choć niecierpliwość oczekiwania na jej premierę nie będzie spędzała mi snu z powiek.
W domowym zaciszu nie poświęciłabym bowiem tak wiele czasu na wgapianie się w kilkunastocalowy ekran, wypełniony po brzegi przeróżnymi nierealistycznymi stworami. 
Trudno oceniać mi sens wprowadzenia do filmu wątków i postaci, które nie występują w ekranizowanym dziele, skoro zwyczajnie nie mam o tym pojęcia. Efekty specjalne oraz przepiękną, rudowłosą Tauriel odbieram zatem pozytywnie. Szkoda tylko, że Smaug nie grzeszył inteligencją, z którą zawsze kojarzyły mi się smoki. Poza tym nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że podczas zakupu i rezerwacji biletów na tę projekcję oprócz ograniczeń wiekowych powinno znajdować się ostrzeżenie skierowane do osób cierpiących na arachnofobię, bo nie przepadam za oglądaniem scen z zasłoniętymi oczami i stłumionym krzykiem na ustach. Reżyser mógł sobie darować tylu scen z obrzydliwymi pająkami, przy których te z Zakazanego Lasu J.K.Rowling wzbudzały sympatię.
Po obejrzeniu "Niezwykłej podróży", pierwszej części Hobbita, obawiałam się, że niespełna dziewięć godzin obrazu to za dużo jak na jedną powieść. Sztuczne wydłużenie fabuły wzmagało mój brak zainteresowania momentami nudnymi dialogami i niewybrednym humorem. "Pustkowie Smauga" oceniam pod tym względem znacznie lepiej. Jeśli więc utrzyma się tendencja rosnąca, filmowy finał trylogii może być ciekawszy niż oczekiwałam.


1 komentarz:

  1. Zgadzam się! Najlepsze studniówki tylko 18 stycznia :)

    OdpowiedzUsuń