2014/10/31

a reader lives a thousand lives before he dies


Dziś co nieco o książkach, które zrobiły mi wakacje. A przeczytałam ich wtedy naprawdę sporo. Od momentu zakończenia matur nie było dnia bez lektury. Większość pochłonęłam za jednym razem, bez odrywania się. Z kubkiem kawy na balkonie. Popijając koktajl na leżaku pod drzewem. W łóżku, wannie, samochodzie, tramwaju. Nagle pięćset stron pozostawiałam za sobą. Pochłonęłam wiele tomików poezji i zbiorów opowiadań oraz wspaniale skonstruowanych powieści. Poniżej znajdziesz te, które już zawsze kojarzyć mi się będą z minionym latem. Pozycje, które wzruszając i niepokojąc jednocześnie zmieniły mnie bezpowrotnie.


Niech wola nieba sprawi, żeby czytelnik, nabrawszy odwagi i stając się na pewien czas tak wściekły jak to, co właśnie czyta, znalazł nie błądząc swoją drogę stromą i dziką wśród bagnistego pustkowia tych kart posępnych i pełnych trucizny, bo jeżeli podczas lektury nie okaże nieubłaganej logiki i napięcia myśli co najmniej dorównującego jego nieufności, śmiertelne wyziewy tej książki przesycą jego duszę jak woda cukier. 
Comte de Lautréamont - Pieśni Maldorora

Nigdy nie dowiemy się, kim tak naprawdę był Isidore Ducasse, ukrywający się pod pseudonimem Lautréamont. Wiele wskazuje na to, że schizofrenikiem, który popełnił samobójstwo w wieku 24 lat. Ale czy na pewno? 
Nie wiadomo, w jakim stopniu jego ekshibicjonistyczna twórczość ma charakter autobiograficzny. Czy jest to świadectwo choroby psychicznej, czy raczej bulwersującego geniuszu. Jedno jest pewne - jego najbardziej kontrowersyjne dzieło długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Niektóre fragmenty czytałam kilkukrotnie, nie mogąc uwierzyć, że coś takiego powstało w XIX wieku. Wyobraź sobie ekscentryczne połączenie Wielkiej Improwizacji z nadrealizmem, dodaj odrobinę nihilizmu i oniryzmu, a otrzymasz Pieśni Maldorora. Lautréamont nie uznaje półśrodków. Jego sztandarowe dzieło wywołuje bardzo silne emocje, wobec których ludzka natura się buntuje. Autor z niezwykłą bezpośredniością szydzi z oporu czytelnika wobec tak ogromnego stężenia zła, agresji, bluźnierstw, szaleństwa i okrucieństwa godnego Sade'a. Pieśni Maldorora to ironiczna parodia moralności, mocno wpływająca na psychikę. Zdecydowanie nie jest to niezobowiązująca lektura do poczytania w letnie wieczory. Dla tak plastycznej poetyki warto jednak zrobić wyjątek.

Czasami to, co najbardziej prawdziwe, dzieje się tylko w wyobraźni.
Wspominamy tylko to, co nigdy się nie wydarzyło.
Carlos Ruiz Zafon - Marina

Nie jest to jedyna powieść Zafona, z którą miałam okazję zapoznać się w te wakacje. Postanowiłam wyróżnić właśnie ją, bo nigdy nie zapomnę rzeczy, które przyśniły mi się tuż po jej przeczytaniu. Łzy spływały mi po policzkach jeszcze długo po przewróceniu ostatniej kartki. Żałowałam, że muszę powrócić z przepięknej Barcelony do rzeczywistości. Jestem wieczną fanką drobiazgowych opisów i nuty niedopowiedzenia, charakteryzujących dzieła Zafona. 
Marina jest ulubionym dziełem samego autora. To niepokojąca opowieść o czarnych motylach i wieczności. Bardzo osobista, mroczna, trzymająca w napięciu. I choć narracja prowadzona jest z punktu widzenia nastolatka, bynajmniej nie oznacza to, ze jest to książka skierowana wyłącznie do młodych ludzi.

Samotność przypomina uczucie, które ci towarzyszy, kiedy w deszczowy wieczór stajesz przy ujściu ogromnej rzeki i patrzysz, jak wpada do morza. Zrobiłeś kiedyś coś takiego? Stanąłeś przy ujściu ogromnej rzeki i patrzyłeś, jak wpada do morza?
Haruki Murakami - Sputnik Sweetheart

Murakami to jeden z moich ulubionych pisarzy. Uwielbiam jego styl, wspaniałą metaforykę i to, że większość dialogów zawartych w jego powieściach zasługuje na to, by nauczyć się ich na pamięć. Sputnik Sweetheart spodobał mi się jeszcze bardziej niż Na południe od granicy, na zachód od słońca. To przepięknie opowiedziana historia, traktująca o odmienności potrzeb, samotności i procesie tworzenia, jednostkach uwikłanych w wir nieodwzajemnionych uczuć. 
Niesamowita, oderwana od rzeczywistości powieść pozostawia dużo przestrzeni dla czytelnika. Sputnik Sweetheart jest bardzo uniwersalną książką, pozwalającą zdystansować się wobec śmiertelnej powagi otoczenia. To jedna z tych lektur, które na zawsze zmieniają sposób patrzenia na świat. Przypomina, że bumerang, który wraca, nigdy nie jest tym, który rzuciliśmy.

Niech pamiętają zawsze, że przeszłość jest kłamstwem, że pamięć nie zna dróg powrotu, że cała dawna wiosna jest nie do odzyskania i że najbardziej płomienna i uparta miłość jest tylko prawdą efemeryczną.
Gabriel García Márquez - Sto lat samotności 

Mówi się, że Márqueza albo się kocha, albo nienawidzi. Ja należę do tej pierwszej grupy. Mając za sobą niejedną jego powieść, śmiało mogę powiedzieć, że z pewnością nie są one dla każdego. Podczas lektury dzieł tego pisarza należy przedrzeć się przez stos niemożliwości, by odnaleźć coś ponadczasowego, przesłanie potrzebne nam w danym momencie. Niestety, sporo osób wciąż myli realizm magiczny Márqueza z heretycznym mistycyzmem w stylu Coelho... 
Musiał nadejść lipiec, bym wreszcie sięgnęła po coś, czego lekturę odkładałam "na później" od wielu lat. Sto lat samotności, czyli w żaden sposób nieumiejscowiona w czasoprzestrzeni opowieść, w której fikcja miesza się z rzeczywistością. To książka, która żyje swoim życiem. Ona po prostu jest. Nie wolno starać się jej zrozumieć. Pełna nieszczęść i plag historia wielopokoleniowej rodziny, skażonej fatum kazirodztwa i piętnem odosobnienia. Baśń o karmelowych zwierzątkach i złotych rybkach w domu obłąkanych. Trudno nie pogubić się we wprowadzanych postaciach, przejmujących nie tylko imiona przodków, ale także ich cechy charakteru. Niełatwo również odnaleźć się w misternie skonstruowanych zdaniach – moje ulubione zajmuje 83 wersy i w dodatku kończy się wielokropkiem.
To chyba najbardziej znana powieść Márqueza, którą warto się zainteresować chociażby dla samej puenty. Uświadomienie sobie, że czas nie mija, lecz kręci się w kółko, jest dosyć przełomowym odkryciem. Sto lat samotności to wyjątkowo nieoczywista lektura, do której z pewnością wrócę za kilka lat. Jestem pewna, że pozostało w niej dla mnie jeszcze sporo do zrozumienia.

Żadne życie nie może ulec zmianie, nie zmieniając jednocześnie życia innych istot.
Fred Bodsworth - Odmieniec 

Wisienką na torcie postanowiłam uczynić magiczną opowieść o man-tay-o. Gdy czytałam ją w przychodni, stała się tematem miłej pogawędki z przechodzącym lekarzem. Książka, która dzięki niespotykanemu nastrojowi natychmiast wciągnęła mnie do swojego świata, skłaniając do uporządkowania hierarchii priorytetów. Bo czy wybór pomiędzy wymarzoną, budowaną przez lata karierą a idealistycznym uczuciem, na którego rozkwit nigdy nie przyzwoli zawikłana rzeczywistość, to w ogóle jakiś wybór? Jak długo można ignorować kołaczącą się z tyłu głowy myśl o opuszczeniu strefy komfortu i wyfrunięciu na zachmurzone, pełne niebezpiecznych porywów wiatru niebo? Czy można zapomnieć o pragnieniu, które coraz intensywniej domaga się ziszczenia? 
Powinnam teraz napisać, że Odmieniec odpowiada na te i inne pytania.
Skłamałabym. Nikt nie zrobi tego za nas samych.


2014/10/09

it was nothing for you, but means a lot to me




Cześć.
Konwersatorium z komunikacji społecznej zostało odwołane, postanowiłam więc w przerwie między zajęciami coś tu napisać. Cisza na blogu świadczy o hałasie w moim życiu. Przy czym, na szczęście, ów hałas przypomina bardziej eufonię niż kakofonię. 
Nie śpię.
Nie pamiętam kiedy ostatni raz obudziłam się bez nieznośnie wyjącego alarmu.
Nie narzekam, bo dobrze jest mieć po co wstawać z łóżka. Nie śpię, gdy jestem w stanie sprawić, by rzeczywistość była piękniejsza od moich snów. A jestem. Każdy jest. 
Już nie marzę. Planuję, wierząc, że wszystko może się udać.
Każda idea narodziła się po to, by znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości. 
Są problemy. Zawsze będą. Tylko od nas zależy, czy skonfrontujemy się z nimi z uśmiechem na twarzy czy łzami w oczach. 
Przeczytałam dziś bardzo ciekawy wywiad z Edem Staffordem. Oto fragment, który inspiruje mnie od dawna, choć aż do teraz nie miałam o tym pojęcia: 

"Im mniej używasz złożonego umysłu tym bardziej jesteś obecny we własnym życiu." 


Tworzenie tych kilku akapitów to moment oddechu w środku najbardziej intensywnego etapu w moim życiu. Nie potrafię usiedzieć w miejscu, wciąż szukam sobie dodatkowych zajęć. Biegam pomiędzy uczelnią a pracą, znajdując czas na (wciąż amatorskie) dziennikarstwo muzyczne, koncerty i wyjścia ze znajomymi. Ciągle jestem gdzieś spóźniona, lecz przyjemnie wiedzieć, że ktoś na ciebie czeka. Zamiast kawy energii dodaje mi bananowe smoothie z masłem orzechowym. To jedyny powód, dzięki któremu udaje mi się wszystko ogarnąć. Naprawdę.

Wczoraj byłam na wyjątkowym koncercie, nie mogę więc powstrzymać się od wspomnienia o tym wieczorze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio (i czy kiedykolwiek) jakiś polski artysta tak bardzo zachwycił mnie na żywo. Słowo "artysta" zostało użyte celowo, bo Peter J. Birch to nie muzyk, wokalista czy instrumentalista. Fotografia na początku wpisu to oczywiście jego zdjęcie.
Piotrek już samym pojawieniem się na scenie tworzy niezwykle intymny klimat. Jest tylko on, gitara akustyczna i kilka harmonijek. Każdy utwór wykonuje inaczej niż w oryginale, pozwalając sobie na mniejsze lub większe eksperymenty i improwizacje. Brzmi niesamowicie światowo, raz niczym Jeff Buckley, za chwilę jak grungowy idol. Jest w stanie zaśpiewać absolutnie wszystko, stylowo, czysto i perfekcyjnie, w taki sposób, że mam gęsią skórkę na całym ciele. Cieszę się, że dane mi było nie tylko go usłyszeć, ale także z nim porozmawiać.



Choć tak pięknie mówi się o Peterze, najlepiej się go słucha. Wystarczy zatem słów. Jeśli zaś chodzi o bloga, nie przewiduję regularnych postów. W najbliższym czasie pojawi się ich jednak kilka, między innymi wpis o najważniejszych dla mnie lekturach tegorocznych wakacji. 
Fajnie, że wciąż tu zaglądasz :)

2014/06/28

I thought I was an alien


By zrobić łąkę, starczy koniczyna
I jedna pszczoła -
Koniczyna i pszczoła.
I marzenie, co je przywoła.
Wystarczy byś marzenie snuł,
Jeśli jest mało pszczół.*

Wymyśl mój ostatni uśmiech na skraju lasu. Naucz mnie, jak nie mylić głosów z echami. Łagodnym dotykiem wzbudź w sercu czułe współbrzmienia. Przywołaj nazywalne pragnienia pod purpurowym księżycem, który utknął na zbyt niskim niebie. 
Wśród roznoszącej się woni lawendy pogódź zachód słońca ze wschodem. Sprawdź, dokąd prowadzą ścieżki, którymi biegnę nocą pod drżącymi powiekami. Nim zasnę w posłaniu z liści, śmiałym spojrzeniem dotrzyj tam, gdzie biorą początek sny. 
Wymyśl mój ostatni uśmiech na skraju lasu.




*By zrobić łąkę, Emily Dickinson

2014/06/12

no mythologies to follow on the glass pathways




W ojczyźnie wszystkich snów i uniesień nie ma nic, tylko wierzchołki drzew.
Po marmurowym bulwarze snuje się jedynie powietrze o barwie bulionu. 
Przemoknięte kwiaty w spustoszonych ogrodach wspominają bezład przechadzek kobiet dawnych malarzy. Karminowe draperie zastąpiły pnące winogrona. Fale bez okrętów rozbijają się o coraz bardziej betonowe chodniki, pełne zastygłych cieni postaci.
Zrozumiałam, że oni wszyscy są ludźmi z moich przyszłych książek.
Rozsunęłam wtedy, jedną po drugiej, wszystkie zasłony.
Rzeczy się dzieją. Będzie, co ma być.

Dziś bez cytatu, choć nigdy wcześniej nie pragnęłam przytoczyć tak wielu fragmentów. Moje nasłonecznione myśli dryfują od Rimbauda do Apollinaire'a, nie mogąc nigdzie znaleźć bezpiecznej przystani. Podzielę się zatem dwiema dźwiękowymi pocztówkami z bezsennych nocy. Jeśli chodzi o wpływ pełni księżyca na moje samopoczucie, nic się nie zmieniło. Scenariusz, o którym pisałam tutaj prawie rok temu, powtarza się regularnie. 
Niemal każdego wieczoru zapętlam dwa krążki, w których od dłuższego czasu jestem absolutnie zakochana. Mój pierwszy towarzysz to kanadyjski band Karkwa i ich czwarty longplay. Nie przepadam za językiem francuskim. Nie mam pojęcia, o czym śpiewa wokalista. I nie chcę wiedzieć, skoro tak dobrze mi to robi. Do tego marcowy debiut duńskiej artystki MØ. Koniecznie w wersji deluxe, zawierającej magiczne, nocne aranżacje najlepszych kawałków. 
A więc Louis-Jean i Karen Marie. Duet idealny.




2014/06/03

jakub nox ambroziak - mikrokosmos


Nox nie jest artystą, który przeciętnemu odbiorcy kultury wyskakuje z lodówki. Przyznaję, że jeśli chodzi o jego twórczość, miałam całkiem sporo do nadrobienia. Zanim więc sięgnęłam po Mikrokosmos, zapoznałam się z poprzednimi dziełami młodego producenta muzyki elektronicznej. 
Jakub Ambroziak ma na swoim koncie trzy minialbumy. Dwa z nich, No Album EP oraz Atom EP, opublikowane zostały w sieci trzy lata temu. Swój debiut fonograficzny Nox przeżywał w styczniu 2012 roku, kiedy to w fizycznej wersji ukazała się EP-ka Dark Side Of The Sun. Muzyk wydał krążek pod szyldem własnego labelu Seventeen Bricks. Masteringiem materiału zajął się sam Noon (Mikołaj Bugajak).


Przyszedł jednak czas na debiutancki longplay. Dotychczasowe wydawnictwa udowodniły, że Nox jest prawdziwym wirtuozem muzycznej kosmogonii. W podobnym, futurystyczno-industrialnym klimacie utrzymany jest jego najnowszy krążek. I chociaż ze wszystkich dzieł Ambroziaka Mikrokosmos jest zdecydowanie najłatwiejszy w odbiorze, wciąż nie jest to propozycja dla każdego. Żeby oswoić ten album, należy odciąć się od wszelkich bodźców zewnętrznych i dać porwać mrocznemu, dynamicznemu brzmieniu. Zdecydowanie w niczym nie przypomina to niezobowiązującego słuchania przyjemnej, relaksacyjnej muzyki, która leci gdzieś w tle, stając się mało absorbującym towarzyszem codzienności. 
Na EP-ce Dark Side Of The Sun znalazły się dwie godne uwagi, wzbogacone o damski wokal kompozycje. Przy produkcji Mikrokosmosu również nie zabrakło współpracy. Na płycie obecni są gościnnie między innymi WIDT, Teielte, Neurasja, Jazzpolita, Eufoteoria, Random Trip oraz Palmer Eldritch. W przepięknym kawałku Land of Fire and Ice oprócz śpiewu ptaków usłyszymy także Oly, najnowszy nabytek Nextpopu. 
Wystarczy szybki rzut okiem na tracklistę, by przekonać się, że Nox jest ambitnym muzykiem. Mikrokosmos to ponad godzina uporządkowanych, trzymających się konwencji melodii. Każda z 24 kompozycji utrzymana jest w charakterystycznym dla Ambroziaka stylu. Na uwagę zasługuje harmonia uzyskana dzięki rozważnemu operowaniu środkami. Mimo iż pochodzenia niektórych dźwięków próżno się domyślać, nie ma się wrażenia ich chaotycznego, nieprzemyślanego nagromadzenia. Bogata linia melodyczna nie wyklucza minimalizmu.



Wydawać by się mogło, że 24 utwory to trochę zbyt dużo jak na jeden album. Już pierwsza podróż w głąb Mikrokosmosu wystarczy, by rozwiać wszelkie wątpliwości. Nawet najkrótsza, trwająca zaledwie 58 sekund Hiroshima nie jest bynajmniej żadnym przerywnikiem, lecz jedną z najciekawszych kompozycji. Dzięki odpowiednio rozłożonym akcentom nie ma tu miejsca na nudę. 
Po spokojnym Flowers przychodzi ostre Robots. Popiół i diamenty przywodzą na myśl pozytywkę nie z tego świata. Wooden Faces imponuje symbiozą pomiędzy kobiecymi wokalizami a odgłosami z gier. Nie brak także hiphopowego sznytu (Harour) oraz szczypty inspiracji Dalekim Wschodem. W DrugBirds usłyszymy fletnię, a pierwszy singiel, Pozaplanetarnie, zachwyca orientalnymi wokalizami w wykonaniu Asji Czajkowskiej, którym towarzyszy dźwięk etnicznych instrumentów. 
Złowróżbny śmiech w Life is beautiful zapowiada katastroficzną kompozycję Kres Świata // Harriet’s Song. Warto wspomnieć o transowych, przestrzennych kawałkach - Trip to the Empty Places oraz Mammals Rule The World. Najbardziej urzekł mnie jednak utwór Dragon Tattoo, wyróżniający się retro klimatem dzięki charyzmatycznemu, głębokiemu głosowi Kinty z Lil Ironies. Zdecydowanie bardziej przemawia on do mnie niż odrobinę zbyt cukierkowy jak na mój gust wokal Klaudii Wieczorek (półfinalistki polsatowskiego talent show Must Be The Music), który możemy usłyszeć m.in. w wybranym na drugi singiel kawałku Elephants.


Finalny numer Stars, I see... wraz z ukojeniem i wyciszeniem przynosi nieodparte pragnienie wciśnięcia replay. Najpierw było aż 24 kawałki, teraz jest tylko. Niektóre są znakomite, inne po prostu dobre. Całość wypada przekonująco. I choć nie jestem największą koneserką eksperymentalnej muzyki elektronicznej, śmiało mogę stwierdzić, że Nox jest mistrzem w budowaniu napięcia. W intrygujący sposób wyważa proporcje pomiędzy dźwiękami uzyskanymi dzięki samplerom, syntezatorom i żywym instrumentom. Pozostaje mi tylko rozmarzyć się na myśl, jak świetnie ten odrealniony, niepokojący materiał uzupełniałby się z lekko trzeszczącym gramofonem.

Oficjalna premiera albumu Mikrokosmos odbędzie się 6 czerwca.
Przedsprzedaż krążka prowadzona jest za pośrednictwem asfaltshop.pl.

2014/05/26

dlaczego gdy zapada zmrok tak cicho?


Tę recenzję napisałam niecałe dwa miesiące temu. Przyznaję, że w maturalnym natłoku zajęć zupełnie o tym zapomniałam. Jako że jest wciąż aktualna, a w maju niewiele się tutaj działo, pomyślałam, że właściwie czemu by jej nie opublikować właśnie teraz.



No właśnie, skąd przyszła Sara Brylewska? To nazwisko nie powinno być obce nikomu, kto choć odrobinę orientuje się w klasyce polskiej muzyki lat 80. Jej ojcem jest legenda ojczystego punk rocka, założyciel Armii i Brygady Kryzys, Robert Brylewski. Zamiłowanie do reggae odziedziczyła natomiast po matce, Vivian Quarcoo, wokalistce Izraela. Muzykowaniem zajmowały się nawet obie jej babcie i narzeczony. Sara na polskiej scenie alternatywnej znalazła się więc nieprzypadkowo. 
Śledzący trójmiejską scenę muzyczną kojarzą Brylewską z kwintetu Enchantia, który swój debiut fonograficzny przeżywał w 2012 r. Artystka znana jest także ze współpracy
z producentem i DJ-em Piotrem Kalińskim (Hatti Vatti). Poza tym było jej dosyć dużo
w mediach, szczególnie z powodu związku ze sporo starszym facetem, Tymonem Tymańskim, oraz poważnej wady serca córki. 
Sara od lat pracowała nad solowym wydawnictwem, które ukazało się nakładem Kayaxu
w prima aprilis. Materiał nie ujrzałby światła dziennego gdyby nie członkowie zespołu Hey, a w szczególności gitarzysta, Jacek Chrzanowski, który zajął się skomponowaniem muzyki
i produkcją. A trzeba przyznać, że brzmieniowo dzieje się całkiem sporo. Usłyszymy tu gitary i bębny - gdzieniegdzie zanurzone w elektronice, czasem ustępujące miejsca tęsknym dźwiękom trąbki (Wojny gwiezdne). Wokalistka mogła liczyć również na pomoc m.in.
Kasi Nosowskiej i bębniarza Dezertera, Krzysztofa Grabowskiego, którzy udzielili się
w warstwie lirycznej. 


Autorką większości tekstów jest jednak sama Sara. Noszą one znamiona silnych przeżyć
i niełatwych emocji. Warto wspomnieć, że dotychczas Brylewska śpiewała wyłącznie
w języku angielskim, zatem Skąd przyszłaś jest czymś zupełnie nowym w jej karierze. Opublikowany materiał balansuje na pograniczu niebanalnego popu i roots reggae, mocno zahaczając o alternatywę. 
Spokojniejsze kompozycje (Sztormiak, Arytmia) nastrojowo przypominają "Renovatio", najnowszy album Edyty Bartosiewicz. Smutek w głosie uderza nawet w folkowym, otwierającym krążek Skąd przyszłaś. Odwary są melancholijną opowieścią o niespełnionych nadziejach, natomiast Chmura Wilsona to ponury utwór z kościelnymi dzwonami w tle. 
Mimo to na krążku przeważają rytmiczne, transowe kawałki, takie jak Bajka czy mroczne Wilki. Z powodu nachodzących na siebie słów i dźwięków szybko wpadają w ucho,
przez co nie wiedzieć kiedy zaczynamy nucić piosenkę o wyciąganiu noży na widok przeszkadzających nam ludzi. Warto zwrócić uwagę na Dalej Ty - kompozycję, która dzięki rozmytym, nieoczywistym przejściom pomiędzy fragmentami zaśpiewanymi a capella
a chaotycznymi nagromadzeniami instrumentów stanowi chyba najciekawszy element albumu.


Sara obdarzona jest wyrazistym wokalem, na tyle charakterystycznym, że trudno pomylić ją z kimś innym. Zmysłowy i niski, kryje w sobie pewną tajemnicę, stanowiąc integralną część plastycznych melodii. Być może dzięki wydawnictwu Skąd przyszłaś artystce nareszcie uda się dotrzeć do szerszej publiczności. Jedno jest pewne - krążek ma sporą szansę przypaść do gustu fanom Mikromusic.

2014/05/20

nienasycone dni o kolorze morwy




we wzgardę dnia rzuceni, gnani teatralnością słów,
w żywą hipnozę wizji wpatrzeni w zachwycie
zapominacie, że od gorączki snów
ważniejsze jest życie*
(...) 
należy wiosnę przez pośpiech w ustach uprościć
i maj jak uśmiech zielony nalać w kieliszki purpurowe**

Zawsze byłam o krok do przodu niż inni. Zdystansowana wobec otoczenia, nie potrafiłam cieszyć się z przypadku i niespodzianek. Posiadanie wyidealizowanych planów na przyszłość ubarwiało moją codzienność. Do niedawna myślałam, że szczęście polega na patrzeniu przed siebie. Teraz wiem, że żyję tylko wtedy, gdy nie muszę zamykać oczu i przenosić się myślami donikąd, by na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. 
Nareszcie dojrzałam do tego, by się zatrzymać. Więc jeśli ktoś pyta mnie o plany na najbliższe miesiące, odpowiadam, że nie mam pojęcia, jak będą one wyglądać. Nie chcę podejmować ani jednej decyzji więcej niż to konieczne. Zanim nadejdzie czas zmian, wartościowania i segregacji, pragnę oczyścić umysł w towarzystwie stale odsuwanej na dalszy plan sztuki. 
Beztrosko przebywać na zacienionym balkonie, zmieniając od czasu do czasu pozycję z leżącej na siedzącą. Bez wyrzutów sumienia oddawać się konsumpcji ogromnego kawałka tortu czekoladowego z lodami stracciatella i mrożoną kawą, gdy moim jedynym problemem jest fakt, czy ostatecznie przekonam się do poetyki Brzękowskiego. Postanowiłam dać mu tyle szans, ile wierszy napisał. Swoją drogą, chętnych na jego miejsce nie brakuje.




*Tętno, J. Brzękowski
**Niedojrzały uśmiech, J. Brzękowski

2014/04/27

sometimes i dream, sometimes i don't


(jest sen
ale nie ma snów 
są sny
wtedy się nie śpi)*

Ostatnio dowiedziałam się, że nie ma nic przyjemniejszego od opuszczenia własnej strefy bezpieczeństwa. Bo choć przez moment czuję się niekomfortowo, pierwsze krople zimnego deszczu przynoszą upragnioną ulgę. Uśmiecham się na widok granatu nieba, błyskawic rysujących się na tle ciemnych, skłębionych chmur. Nasilające się podmuchy wiatru plączą moje włosy, których jak zwykle zapomniałam upiąć. Zapominam także o braku odzieży wierzchniej, nieprzemakalnych butów i parasola, zegarka czy telefonu, słuchawek z dźwiękami drażniącymi łaknące ciszy uszy. 
Nie zastanawiam się nad tym, czy jestem gotowa stanąć twarzą w twarz ze swoimi lękami i nadziejami. Stoję sama w głębi lasu. Nierównomierne rozmieszczenie wiekowych  drzew wydaje się być znajome. Być może byłam tu kiedyś w dzieciństwie. Czyżbym zabrnęła w to niezwykłe miejsce z rodzicami podczas jednego z beztroskich weekendowych spacerów? 
W kilka chwil wszystko staje się czyste i piękne. W świeżym powietrzu rozlega się pohukiwanie sowy, która wydaje odgłosy w znanym tylko sobie, leniwym, acz regularnym rytmie. Słońce już dawno zaszło. Z każdą minutą robi się coraz chłodniej. Docierają do mnie szmery, które jeszcze niedawno stanowiłyby źródło niepokoju. Teraz przynoszą poczucie sensu ciągłości istnienia. 
Zamykam oczy. Zamiast zyskujących na intensywności grzmotów słyszę szelest liści, cykanie świerszczy i rechot żab. Pomimo gęsiej skórki pod cienką warstewką koszuli przylegającej do drżącego ciała, nie chcę wracać do pomieszczenia pełnego niepotrzebnych przedmiotów, które uzbierałam przez osiemnaście lat nostalgicznej egzystencji. Raz rozbudzone myśli nie dają zbyt łatwo się oswoić.

*Sezon IV, Rafał Wojaczek

2014/04/18

I still see the insect filled jars in rows


W psychicznym oraz przede wszystkim fizycznym oderwaniu od szeroko uśmiechających się do mnie ciast z niechęcią sięgnęłam wreszcie po dzieła, które podobno ułatwią mi opracowanie tematu prezentacji maturalnej. Tak, mamy drugą połowę kwietnia, a ja wciąż robię notatki do notatek, nie mając na podorędziu ani jednego zdania, które nie wymaga poprawek. 
To zabawne, ale uwielbiam wyznaczać sama sobie deadline'y. Gdybym traktowała siebie odrobinę poważniej, w święta Bożego Narodzenia lub ferie miałabym gotową pracę. Zresztą, prawdopodobnie rozpoczęłabym mentalny wysiłek związany z tym przemówieniem w wieczór przed jego wygłoszeniem, gdyby nie fakt, że wybrałam sobie niesamowicie inspirującą tematykę. Nie ma nic bardziej mojego od poezji lingwistycznej, tej wielkiej, z całym swoim paralelizmem, tępieniem malarskości oraz misterium powszedniości, paronimami i paronomazjami kryjącymi się pośród rumowiska słów. 
W niemałej kolekcji pozycji, które cierpliwie czekały prawie pół roku na otwarcie, każdego dnia niemo wołając o atencję, znalazłam esej Anny Kamieńskiej o najpiękniejszych wierszach polskich. Po zapoznaniu się z fragmentami dotyczącymi Mistrza Mirona stwierdzam, że nawet najlepszy krytyk literacki nie zinterpretuje niczyjej twórczości w taki sposób, jak kobieta, która sama jest poetką. Żadne słowniki, dosłowne opracowania, pozbawione emocji rozkładanie na czynniki pierwsze utworów nie pomogą mi tak, jak tych kilka zdań:  

Ciążenie do prymitywu nie było u niego jałowym stylizatorstwem. Wynikało z głębokiej potrzeby. To jakby podniesienie szczerej grudki ziemi, podanie kawałka zdrowego razowego chleba. 
(...)
Kurz. Pył. Pajęczyna. Drewno. To najczęściej słowa, słowa-klucze wiersza Białoszewskiego. Tak jakby ktoś otworzył drzwi do zabitej deskami kapliczki - i nagle snop światła ożywił wnętrze, zagrały barwy, ocknęły się postacie świątków i aniołów, odmilkły wtopione w modrzewiowe ściany słowa pradawnych pieśni i westchnienia żarliwej wiary. 

Pani Anno - dziękuję.
I do tych niezwykłych cytatów będzie piosenka, bo bez muzyki się nie obejdzie.
Jedna z moich ulubionych kompozycji z debiutu Fionna. Przepięknie smutna.
Niech będzie, że tylko dlatego, iż dziś Wielki Piątek.




2014/04/15

a thousand shared cups of coffee. foolish, I thought I knew you


Ekstatyczna opinia na temat solowego debiutu Rojka, czyli: Boże, jak ja czekałam.



Na tym krążku znajduje się wszystko to, za co kocham Artura. I dużo, dużo więcej. Każdy, kto mnie zna choć odrobinę, wie, że ogromnym sentymentem darzę całą działalność Rojasa. Począwszy od The Freshmen, przez Myslovitz, OFF Festival i Lenny Valentino, po wiele współpracy (chociażby z Kasią Nosowską) oraz twórczość solową. Tak już jest od dziesięciu lat, tak będzie zawsze. 
Moja codzienność obecnie składa się z ciągłych powtórzeń tego perfekcyjnie wyważonego emocjonalnie materiału, który przypomniał mi, dlaczego "nie lubię w górę, lubię w dół". Album cechuje bogate brzmienie - usłyszymy tu krzyk i szept, spokój i chaos. Jest miejsce zarówno na mocne riffy, nietuzinkowe sample i elektroniczne eksperymenty, jak i akustyczne fragmenty. W chwytliwe melodie wplecione są charakterystyczne dla dzieł Rojka osobiste, poruszające teksty. Ekspresja nie wyklucza impresji, a melancholii towarzyszy taneczny klimat (Czas który pozostał). 
Zacznijmy jednak od początku. W pewien lutowy wieczór włączyłam radiową Trójkę, by z napięciem oczekiwać na premierę pierwszego singla zapowiadającego Składam się z ciągłych powtórzeń. Gdy w eterze popłynęła Beksa, nie miałam wątpliwości, że będzie to absolutny hit. Fakt, byłam zdziwiona, gdyż do tej pory nie trzeba było cenzurować Artura na antenie. Oczywiście, zakochałam się w tej przesiąkniętej skrajnymi emocjami historii od pierwszego usłyszenia. 
Niespełna tydzień później opublikowano teledysk do Beksy. Oglądając go, nie byłam w stanie powstrzymać łez. Nie spodziewałam się, że klip wzruszy mnie tak bardzo, docierając jeszcze głębiej niż samo nagranie. Świetnie oddaje przesłanie utworu, wywołując tkwiące w każdym z nas wspomnienia niełatwych chwil, gdy na twarz nakładamy brokat, z nikim nie dzieląc się swoimi uczuciami.





Na albumie znajdziemy dwa nieobce fanom Rojasa kawałki, Lato 76 oraz Kot i Pelikan. Zostały one zaprezentowane w zupełnie nowych, bardziej oderwanych od rzeczywistości aranżacjach. I choć Krótkie momenty skupienia uwielbiam za niesamowicie poetycki tekst i rytmiczny, wpadający w ucho refren, najbardziej oczarowały mnie właśnie Syreny. To piosenka w subtelny, romantyczny sposób opowiadająca o kłótni pomiędzy małżonkami, która razem z pozostałymi kompozycjami składa się na genialny, niezwykle spójny materiał. 
Wszystkich nurtuje pytanie - czy Artur przebił najnowsze wydawnictwo byłych kolegów z zespołu? Odpowiedź jest prosta - a czy radość z obcowania ze sztuką można zmierzyć? Jak sprawdzić siłę ciarek przebiegających wzdłuż kręgosłupa, szczerość łez w oczach? Nie wyobrażam sobie mojej kolekcji płyt wszech czasów bez obu tych krążków, równie wyjątkowych i niepowtarzalnych. I nic więcej się nie liczy.

2014/04/10

no sweeter innocence than our gentle sin


Statystyczna jednostka pisze maile, by ukryć zażenowanie brakiem potrzeby werbalnej komunikacji interpersonalnej. Codziennie rano wypija filiżankę gorzkiej, czarnej kawy z dokładnie osiemdziesięcioma czterema kroplami odtłuszczonego mleka. Podąża tą samą ścieżką ku miejscu zniewolenia, sznurując uprzednio buty na krzyż. 
Przepada za poniedziałkowymi porankami. Wtedy zachowuje pozory tego, że zaczyna coś na nowo, choć wykonuje rutynę wykreowaną przez siebie lata temu. Świadomość braku ograniczeń jest dla niej jedynie barierą ochronną poddanego schematom mózgu. 
Czasem stłoczona pośród dziesiątek supermarketowych wózków, pospiesznie popychanych przez obce jednostki, pozwala sobie na chwilę refleksji. Dostrzega bowiem coś intymnego w wybieraniu herbaty, której filiżanka zaangażuje wieczorem wszystkie zmysły. Nie potrafi kupować jej tak po prostu, kładąc w koszyku zaraz obok proszku do prania i koncentratu pomidorowego. 
W typowym życiorysie statystycznej jednostki jest miejsce na stanie w bezruchu pod strumieniem lodowatej wody. Tylko w ten sposób jest w stanie wywołać gęsią skórkę i drżenie ciała. Szuka zanikłych bodźców, traktując szkło prysznicowej kabiny jak ściany płaczu i śmiechu, przebaczenia i nienawiści.
'We were born sick', you heard them say it.

Ten Pan w moim sercu gości od 11 lutego.
Dziś przyjął nieme zaproszenie, dzięki czemu pierwszy raz pojawia się tutaj.






2014/04/03

is happiness easy?


Chciałabym zrobić krok w tył, lecz wszystko pcha mnie do przodu.
Muszę. Powinnam. Wymaga się ode mnie. Pasowałoby. Należy. Wypada.
Pozostała tylko późna noc, chłodna trawa i niemożność zniesienia myśli, że wszystko tracę. 
Nie będzie jednak tonącej łodzi, budynku walącego się pod ciężarem sparaliżowanych nadziei. I jakkolwiek życie wydaje się być w tym momencie bardzo odległe, cieszy mnie to, że zawsze może zacząć się na nowo. Dla każdego the best is yet to come. Bez tabletek i skoków z dachów wieżowców. Za to z biletem lotniczym w jedną stronę. Nie ma nic bardziej motywującego od świadomości, że w każdej chwili mogę zacząć pracować jako kelnerka w Porto. Pytanie - czy chcę?

 

Gadające głowy 80-06 to jeden z moich ulubionych utworów Myslo. Zawsze nim był. Być może zyskiwał na przesłaniu dzięki nawiązaniom do dzieła Kieślowskiego, ale nigdy dotąd ten tekst tak głęboko do mnie nie trafiał. Nie mogę przestać słuchać i utożsamiać się. Każde słowo na wagę złota... Odkrywam je na nowo, choć znam na pamięć.
I co bym chciała, a co tu najważniejsze jest?


2014/03/22

so if you have something to say, say it to me now


Wczorajszy dzień był najcieplejszym w tym roku. Piękno otoczenia idealnie odzwierciedlało mój iście wiosenny, radosny nastrój. Nareszcie zachciało mi się żyć. Udałam się na leniwy spacer, który okazał się najprzyjemniejszym od miesięcy. Mój optymizm rósł z każdym kolejnym promieniem słońca, który padając na moją twarz, sprawiał, że wszystkie mięśnie stopniowo się rozluźniały. Szłam przed siebie. Tak po prostu, z zamkniętymi oczami i słuchawkami w uszach. Już niemal zapomniałam, jakie to uczucie, gdy uśmiech jest równie oczywisty jak oddychanie. 
Jedynym towarzyszem mojej wczorajszej przechadzki była niezwykle emocjonalna ścieżka dźwiękowa do Once. Za każdym razem, gdy jej słucham (zawsze w całości), mam łzy w oczach i ciarki na całym ciele. Wszystkie kompozycje autorstwa Markéty Irglovej i Glena Hansarda darzę ogromnym sentymentem. Ten niesamowity, czesko-irlandzki duet swą ponadprzeciętną wrażliwością mógłby obdzielić pół planety. Nieważne, że to Falling Slowly zostało wyróżnione Oscarem. Ja nie byłabym w stanie wybrać ulubionego nagrania. 
Nie sposób zrozumieć ich wyjątkowości bez zapoznania się z filmem. Utwory nabierają większego znaczenia, kiedy uczestniczy się w procesie ich powstawania. Bo właśnie dzięki wspólnemu komponowaniu powstaje niespotykana więź pomiędzy Chłopakiem i Dziewczyną, dwojgiem skomplikowanych osobowości.




To jeden z moich ulubionych musicali. Pięknie opowiedziana historia boleśnie doświadczonych przez los ludzi, których połączyła miłość do muzyki, urzeka subtelnością i prostotą. Once jest jedną z tych produkcji, które maksymalnie angażują emocjonalność odbiorcy. Stanowi duchową ucztę dla osób obdarzonych zdolnością intensywnego odczuwania. Najlepiej ogląda się go samemu, gdyż nie wyobrażam sobie dzielić tak indywidualnego, niezwykle osobistego przeżycia z innym człowiekiem. 
Ten tekst nie jest żadną recenzją, a Once nowym filmem. Nakręcono go w Dublinie ponad 8 lat temu. Najbardziej poruszające jest to, że uczucie zawiązujące się pomiędzy głównymi bohaterami nie było żadną fikcją. W momencie kręcenia musicalu Glen miał 37 lat, a Markéta zaledwie 19. Jako muzycy współpracowali ze sobą już od sześciu lat. Hansard zakochiwał się w niej od dawna, ale powtarzał sobie, że ona jest tylko dzieckiem. Podczas zdjęć do filmu nie był jednak w stanie obronić się przed miłością. Glen i Markéta jeszcze przez kilka lat stanowili udaną parę - zarówno prywatnie, jak i zawodowo, tworząc duet The Swell Season. 
Jeśli więc jeszcze nie znalazłeś chwili dla Once, obejrzyj ten film ze świadomością szczerości ukazanych emocji. Obiecuję, że po tak dogłębnie wzruszającym doświadczeniu będziesz wracać do soundtracku równie często jak ja.







2014/03/19

bow down before the King!


No i mam tę swoją magię. Tym razem nie niż z Niemiec Wschodnich, lecz krążek, który wkrótce ukaże się nakładem wytwórni Thin Man Records. Choć oficjalnie Nielot nadleci w piątek, ja już od wczoraj delektuję się dźwiękami pochodzącymi z solowego debiutu Błażeja Króla. 
Artysta znany jest głównie ze współpracy z Maurycym Kiebzakiem-Górskim. Niestety, ku niezadowoleniu rzeszy fanów unikatowy duet UL/KR ogłosił w grudniu zawieszenie działalności. Jedno jest pewne, najnowszy album wyjątkowego wokalisty i tekściarza jest w stanie wypełnić powstałą pustkę. Dzięki niemu "ze stałego w lotny przechodzi mój stan skupienia".



Nielot to niespełna 30 minut przyjemności dla fanów alternatywy, w szczególności elektroniki, ambientu i wszelkich odmian indie. Nietrudno dostrzec znaczne różnice pomiędzy solowym albumem muzyka a wydawnictwami UL/KR. Przede wszystkim brak tu miejsca na krzyk. Otrzymujemy mniej beznadziei, a więcej nostalgii. Mimo to znów nie dostajemy morału na tacy. Wnioski musimy odnaleźć sami. 
Błażej jest mistrzem przekształcania ulotnych momentów w rozciągnięte, rozmyte kompozycje, które nierzadko kończą się niespodziewanie, pozostawiając charakterystyczny niedosyt. Pochodzenia niektórych dźwięków próżno się domyślać. Bogata linia melodyczna wykracza daleko poza gitarę i klawisze. Przykładowo, w kawałku Ćmy pojawia się saksofon. Na mnie jednak w produkcjach Króla zawsze największe wrażenie robią liryczne, melancholijne teksty. Oszczędne w słowach, na wskroś poetyckie, dzięki mnogości niedopowiedzeń wywołują przeróżne nastroje, pozwalając na dowolność interpretacji. Pod tym względem na wyróżnienie zasługuje utwór Ciepło z niezwykle wymownym fragmentem: "trzymaj się ciepło, nim zacznie cię parzyć, bo parzyć może zacząć niebawem". 
Jestem pewna, że do tego krążka będę wracać równie często jak do innych wydawnictw, z którymi Błażej miał cokolwiek wspólnego. Wszystko, czego tknie, jest doskonałe. Nielot jest dziełem autorstwa człowieka, któremu nie brak polotu. Stanowi ono pozycję obowiązkową nie tylko dla fanów gorzowskiego duetu. Ów odrealniony, tajemniczy materiał wprawia mnie w dziwny stan, który chyba nigdy mi się nie znudzi. Uwielbiam bez przerwy odnajdywać w nim coś nowego. 
Muszę przyznać, że Nielot pojawił się w idealnym momencie. Będzie świetnym towarzyszem bezsennych nocy, które ostatnio przydarzają mi się coraz częściej. Dzięki takim dźwiękom mijające godziny stają się zaledwie minutami. To nic, że zamiast kołdry przykrywa mnie zaledwie mglista poświata księżyca. Po kilku chwilach i tak odpływam wpatrzona w arcyciekawy sufit.





Jako przystawkę załączam dwa single zapowiadające materiał. Szczenię to historia dam wtulonych w walety i królowych śniących o gońcach, zaś Powoli jest opowieścią o gryzącym swetrze, nocnych podtruciach i balonach z gumy do żucia. Rzecz jasna, zachęcam do sięgnięcia po danie główne, gdyż Król jest tylko jeden.


2014/03/15

dlaczego robaczek-wojaczek wanna kasza manna




Choć zewsząd otaczają mnie bardzo ambitni ludzie z bardzo mądrymi książkami,
nie zapomnę o hippisowskich teoriach. Bo ja do szczęścia potrzebuję niewiele.
Trzeba mi znoszonych trampków pod bezchmurnym niebem spadających gwiazd.
Chcę siedmiu szuflad pewnej komody, pasteli błękitu i soczystej zieleni. 
Pragnę być w pełni. Teraz, mocno i głośno.
Żyć ze wszystkimi oknami otworzonymi na oścież.
Zniszczyć kraty i kłódki, zatopić klucze.

Moją największą przyjemnością ostatnich dni jest Brownian noise.
Przyznaję, że całkowicie i nieuleczalnie uzależniłam się od tego dźwięku.
Nieskończony szum wodospadu znacząco ułatwia mi funkcjonowanie.
Czasem, gdy zatęsknię za słowami, zapętlam także I Thought I Was An Alien.
Bo ja, pomimo upływu dwóch tygodni, wciąż tak się czuję.






2014/03/06

he's a man who likes playing the guitar


Kiedy tylko usłyszałam My name is wind, singiel zapowiadający krążek Dreamers, gdzieś w środku narodziły się ogromne oczekiwania. Na 24 dni przed premierą roboczy tytuł tej recenzji brzmiał "debiut roku". Dziś, gdy od długo wyczekiwanego 3. marca minęły trzy doby, śmiało mogę stwierdzić, że owo wyróżnienie było całkowicie uzasadnione.


Alternatywny debiut to ciężka sprawa. W dzisiejszym świecie, gdy tak trudno jest się wybić, młodzi artyści często zmuszeni są do korzystania z półśrodków. Nierzadko wypuszczają albumy, z których nie są do końca zadowoleni, publikując je pod wpływem emocji, gdy tylko nadarzy się okazja. Krytycy prześwietlają owe wydawnictwa, na siłę doszukują się inspiracji, by dopasować muzyka do ikony danego gatunku. W ten sposób rodzą się polscy Jeff Buckley i Dolores O' Riordan, współcześni The Beatles czy rodzimi Franz Ferdinand. Takich łatek trudno jest się później pozbyć i nawet jeśli stworzyło się coś od początku do końca samodzielnie, jest się obarczonym krzywdzącymi porównaniami do legend. 

Na szczęście, przypadek Daniela jest wyjątkowy. Na postawie Dreamers nie sposób go zaszufladkować, szczególnie dzięki głębokiemu, niskiemu wokalowi, będącemu unikatem na światową skalę. Moje daleko idące skojarzenia dryfują więc w różne strony - od Nicka Cave'a i Eddiego Veddera ze ścieżki dźwiękowej do 'Into The Wild', przez Briana Fallona, frontmana The Horrible Crowes, po Brada Robertsa czy The xx.
Zresztą, nie podchodzę do tego krążka jak do debiutu. Pierwsze wydawnictwo jest zwykle niedojrzałe, niedopracowane, często nie do końca przemyślane. Tu natomiast mamy do czynienia z dziełem artysty w pełnym tego słowa znaczeniu, który stworzył materiał niesamowicie świadomy, reprezentujący najwyższy poziom. Wszystkie teksty i muzykę napisał sam Daniel, a ich idealnym dopełnieniem jest minimalistyczna oprawa graficzna albumu. Jej autorką jest Weronika Izdebska, która zajęła się także nakręceniem świetnego klipu do pierwszego singla z płyty. Wspomniana prześliczna studentka architektury w wolnym czasie zajmuje się tworzeniem klimatycznych fotografii. Z tego miejsca odsyłam cię do jej bloga (ovors.blogspot.com), gdyż trzeba przyznać, że stanowią razem z Danielem udany duet.



Czas jednak przedstawić bohatera tej recenzji. Daniel Spaleniak to młody, bo zaledwie 21-letni kaliszanin. Student dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Łódzkim muzykowaniem zajmuje się od 16 roku życia. Jego debiutancki krążek oscyluje wokół akustycznego indie rocka, zahaczając o klimaty singer/songwriterskie, folkowe czy bluesowe. W wielowarstwowe kompozycje gdzieniegdzie wplecione są instrumentalne improwizacje. To mroczny i dynamiczny materiał, opierający się głównie na gitarach, zrytmizowany dzięki perkusji i efektom.

Melodie emanują skandynawskim dystansem i chłodem, choć nie brak im impresyjnego charakteru. Trudno rozpatrywać je oddzielnie, gdyż tworzą nierozłączną, naturalnie zapętlającą się całość. To jedna z tych płyt, których nie można potraktować wybiórczo, na zasadzie kilku przebojów i pozostałych zapychaczy. Weźmy na przykład pierwszy utwór, instrumentalny Black Notebook. Choć odtwarzałam go bez przerwy, kilkanaście razy pod rząd, miałam wrażenie, że słucham rozwijającej się opowieści. Na tym właśnie polega fenomen tego albumu, który jest swoistą paletą brzmień, odpowiedzialną za całą gamę nastrojów. 
Warto zwrócić uwagę na sposób, w jaki subtelne dźwięki płynnie przechodzą w mocniejsze riffy (Full package of cigarettes). Moje serce należy do House on fire - kawałka, w którym rozmyty, zmysłowy głos buduje niepowtarzalną, transową aurę. Przepadam również za najdłuższą na płycie, senną, melancholijną kompozycją Story about a man who's all alone. Pod względem warstwy tekstowej natomiast najbardziej urzekł mnie utwór Why. Nie miałam pojęcia, że pytania o kolor nieba i spadające gwiazdy mogą brzmieć tak lirycznie.


Przesłanie całego krążka idealnie odzwierciedla tytuł singla My name is wind. Twórczość Daniela jest jak wiatr - dociera głęboko, porusza, nie pozostawia obojętnym. Te lekkie, refleksyjne melodie są znakomitymi towarzyszami mniej lub bardziej odrealnionych spacerów. Brzmią tak, jakby artysta odnalazł je zakopane gdzieś pomiędzy wiekowymi drzewami, w samym środku magicznego, nietkniętego cywilizacją lasu. Wystarczy, że zamknę oczy, a już przeżywam wschód słońca, siedząc na nadmorskim klifie. Otaczają mnie pastelowe kolory, zanurzone w kojąco chłodnym powietrzu. Powoli opada mgła, osiadając na moich włosach i pokrytym gęsią skórką ciele. Krzyżuję ramiona, naciągając na nie wełniany kardigan. Znoszone buty zagrzebuję w piasku, noszącym ostatnie wyblakłe ślady odcisków stóp zostawionych nocą. Słyszę wyłącznie delikatny szum fal, rozbijających się o łagodny brzeg. Znajduję się tam, gdzie wszystko ma swój początek i koniec. W miejscu narodzin i śmierci wszelkich nadziei. 
Jedyną wadą tego materiału jest jego długość. Po niespełna czterdziestu minutach niezwykle przyjemnego obcowania z krystaliczną formą sztuki chciałoby się więcej. Czasami jednak tych 12 utworów i przycisk replay oznacza wieczność. Bo przecież na klifie jest zawsze coś nowego do odkrycia. Nie ma dwóch takich samych fal.


2014/02/27

milcz serce - mota ep


Całkiem niedawno pisałam o ich nawykach i kolizjach. Kilka dni temu mysłowiczanie zaprezentowali kolejne wydawnictwo, utrzymane w charakterystycznym dla Milcz Serce klimacie. Najnowsza EP-ka jest jednak odrobinę bardziej singlowa i przystępniejsza w odbiorze niż poprzedni krążek.


Dzięki tym niespełna dwunastu minutom świeżego materiału grupa została okrzyknięta najlepszym polskim zespołem indie-popowym przez redakcję WAFP!. Trzeba przyznać, że muzycy w pełni zasłużyli na ten tytuł, gdyż cztery kawałki składające się na EP-kę Mota (po śląsku ćma) nie pozwalają o sobie zapomnieć. Kompozycje zaskakują między innymi dzięki genialnemu zaaranżowaniu - pod tym względem wyróżnia się finałowy, rozwalający na łopatki utwór, za który należą się chłopakom ukłony do samej ziemi. 
Przy okazji tej grupy nie sposób nie wspomnieć o świetnych, poetyckich tekstach, których niemal każdy fragment godny jest zacytowania. Jestem dozgonną, ortodoksyjną fanką mistrzowskich wyrażeń wychodzących spod pióra Barta Björna. Nieoczywiste związki wyrazowe wywołują pełen wachlarz nastrojów, płynnie przechodząc od wszechobecnej melancholii do energetycznych momentów. I choć utwór zatytułowany Atom po brzegi wypełniony jest gwoździami w zachrypniętym głosie, a w pomiętym prześcieradle błąka się ślad odciśnięty po raz ostatni, nie brak także miejsca na kieszenie napchane cukrową watą.



Co tu dużo mówić... Najnowszy minialbum Milcz Serce to pozycja obowiązkowa. Uwielbiam, czekam na więcej.


2014/02/23

niepospolite ruszenie drzew



TYMOTEUSZ KARPOWICZ
GORZKIE ŹRÓDŁA 1957 

Chory 

Włosy mi uczesali
powstałe z lęku
by uspokoić
we mnie przerażenie 
Dali mi białą koszulę
kiedy nie mogłem
rozpoznać siebie
w ciemności 
Przysłali mi wózek
którym jeżdżę
gdy uginają mi się
nogi ze zmęczenia 
Jestem śmiertelnie chory -
przytrafił mi się
robak w zegarze 
Zasnąłem z otwartą głową
pod malowanym niebem


ZBIGNIEW HERBERT 

Zasypiamy na słowach 

Zasypiamy na słowach
budzimy się w słowach 
czasem są to łagodne
proste rzeczowniki
las albo okręt 
odrywają się od nas
las odchodzi szybko
za linię horyzontu 
okręt odpływa
bez śladu i przyczyny 
niebezpieczne są słowa
które wypadły z całości
urywki zdań sentencji
początki refrenu
zapomnianego hymnu 
„zbawieni będą ci którzy…”
„pamiętaj abyś…”
lub „jak”
drobna i kłująca szpilka
co spajała
najpiękniejszą zgubioną
metaforę świata 
trzeba śnić cierpliwie
w nadziei że treść się dopełni
że brakujące słowa
wejdą w kalekie zdania
i pewność na którą czekamy
zarzuci kotwicę 


RAFAŁ WOJACZEK
SEZON 1969 

Sezon 

Jest poręcz
ale nie ma schodów
Jest ja
ale mnie nie ma
Jest zimno
ale nie ma ciepłych skór zwierząt
niedźwiedzich futer lisich kit

Od czasu kiedy jest mokro
jest bardzo mokro
ja kocha mokro
na placu, bez parasola

Jest ciemno
jest ciemno jak najciemniej
mnie nie ma

Nie ma spać
Nie ma oddychać
Żyć nie ma

Tylko drzewa się ruszają
niepospolite ruszenie drzew

rodzą czarnego kota
który przebiega wszystkie drogi


JAN BRZĘKOWSKI

włosy 

o zmierzchu - czarnym jak skrzydło samotnego ptaka
w noce mię wiedziesz z dewonu pierzaste zarodnie
noce antracytowe głębokie jak studnie. 
przez morza roztopione w czerwień
przez chmury cynowe skrwawione zachody
we włosach jak burza skłębionych i ciemnych
zanurzam
usta - spragnione i głodne. 
we włosach i nocy się gubię bezsennej ze lnu czarnego
nocy bez gwiazdy polarnej i bez jutra
w nocy bez wyjścia.


To są ponadczasowe dzieła Mistrzów, miks uwielbianych przeze mnie strof.

so delightful night - 

fluttering dreamcatcher captured 

worn-out metaphors


A to jest moje pierwsze haiku, które wyłowiłam z pomarańczowo-ananasowego kisielu razem z kawałkami bananów. Powstało w październiku ubiegłego roku, przy okazji pewnego międzynarodowego konkursu. Jeśli nie jesteś wyznawcą filozofii zen i nie są Ci znane tajniki powstawania dzieł artystów okresu Edo, powinieneś teraz ode mnie dowiedzieć się, że tę formę poetycką charakteryzuje odniesienie do pory roku lub dnia (kigo) oraz wyraźny podział na dwie częściowo odrębne części (kireji). Jeśli zaś chodzi o ukształtowanie kompozycji, to w innym języku niż japoński wygląda ona następująco: trzy wersy po 5, 7 oraz 5 sylab. Z tego miejsca odsyłam cię do tomików Bashō, Busona i Issy, żeby moja średnio udana próba zmierzenia się z klasyką nie przysłoniła istoty przepięknej, tradycyjnej poezji japońskiej.


2014/02/10

the best of 2013 in (polish) music - part two


Nadszedł czas na kontynuację muzycznego podsumowania 2013 roku. O moich perełkach stycznia, lutego, marca i kwietnia możecie przeczytać tutaj. Wkrótce pojawi się trzecia, ostatnia część, a później będzie tylko piękniej. Na początku marca ruszam z nowościami. Szykuję recenzję męskiego debiutu, wobec którego mam ogromne oczekiwania. I chociaż do premiery tego wydawnictwa zostało jeszcze kilka tygodni, coś mi mówi, że będzie walczyło o tytuł albumu roku. 


MAJ 

Rebeka - Hellada 


Gazeta Wyborcza okrzyknęła Helladę polskim albumem roku. I choć dla mnie ten zaszczytny tytuł należy się innemu krążkowi, owo wydawnictwo przypadło mi do gustu już przy pierwszym przesłuchaniu. 
Rebeka była początkowo solowym projektem Iwony Skwarek. Z czasem wokalistka połączyła swe siły z producentem Bartoszem Szczęsnym, znanym m.in. ze współpracy z Kamp!. Efektem ich działań miał być "eksperyment z emocjami, pięknem i brudem". 
Cel został osiągnięty w stu procentach. Hellada to dynamiczne, różnorodne kompozycje, składające się na przyjemną dawkę nieoczywistej energii. Znajdziemy tu zarówno przesycone elektroniką, przebojowe momenty (Knife in The Heart), jak i improwizacyjne, odrealnione kawałki (Unconscious). Na krążku znalazło się również miejsce na melancholijną balladę pt. War oraz rozkołysane, niepozbawione dramaturgii Nothing To Give. Warto zwrócić uwagę na to ciekawe połączenie klawiszy, analogowych syntezatorów i porywającego wokalu.




Myslovitz - 1.577


Gdy ktoś pyta, dlaczego nigdy nie próbowałam ubrać w słowa własnej opinii na temat żadnej z płyt mojego ukochanego bandu, zawsze odpowiadam słowami Piotra Stelmacha, bowiem "trudno recenzować płytę zespołu, którego jest się najgorszym krytykiem na świecie". Jako że niemal od urodzenia jestem ortodoksyjnym fanem Myslo, niełatwo jest mi posługiwać się ciągiem przyczynowo-skutkowym, doszukiwać mankamentów w materiale będącym kontynuacją albumów, które zasadniczo ukształtowały moją osobowość. Nie pomaga również to, że w myślach tkwią wciąż żywe wspomnienia przeróżnych rozmów z muzykami, którzy podczas spotkania twarzą w twarz okazali się być ciepłymi, przyjaznymi ludźmi o wielkich serduchach.

Nie będę pisać o zmianie w składzie grupy. Taka decyzja Artura była do przewidzenia dla osób będących na bieżąco z relacjami pomiędzy członkami zespołu. Zresztą, w mojej płytotece zawsze było miejsce na wszystkie poboczne projekty mysłowiczan, dlatego też nie mam żadnego problemu z tym, że oprócz świetnego 1.577 usłyszę wkrótce solowy album Rojka. Za dogmat należy więc przyjąć fakt, że pokochałam Michała od pierwszego koncertu. Świeżość i nowa jakość wniesiona przez niego przyczyniła się do powstania jednego z najlepszych krążków w dyskografii Myslo. Po melancholijnym Nieważne jak wysoko jesteśmy... przyszedł czas na pełniejsze odzwierciedlenie niepowtarzalnej koncertowej energii, często nieobecnej na studyjnych wersjach albumów.
Każdy z 1.577 dźwięków jest dowodem na to, że chłopaki odbierają na tych samych falach. Weźmy na przykład Telefon. To nie jest piosenka roku. To utwór XXI wieku i pozostanie nim co najmniej do czasu, gdy panowie wydadzą drugi album z Michałem. Zresztą, na tym krążku nie ma słabszych momentów. Warto było czekać na każdy utwór, okraszony charakterystycznym, brytyjskim brzmieniem, do którego przyzwyczaili nas muzycy. 
1.577 to przełom. Wśród niemałych dokonań Myslovitz nie ma takich kawałków jak singiel Wszystkie zawsze ważne rzeczy, finałowe Być jak John Wayne  czy Koniec Lata, będący dla mnie najciekawszą kompozycją na całym albumie. Ogromnym sentymentem darzę także oba Jakie to kolory?, dzięki zapadającym w pamięć, poetyckim tekstom. 
Cudnie słucha się tego albumu nocą w samochodzie, wracając z kolejnego występu Myslovitz, na którym znów nie obeszło się bez ciarek przebiegających wzdłuż kręgosłupa i łez w oczach. Każdy jakieś miejsce ma, a moje jest na koncertach tego zespołu.





Dawid Podsiadło - Comfort and Happiness



Być może zabrzmi to dość tajemniczo, ale mogę śmiało powiedzieć, że muzyka Dawida przynosi mi szczęście. Moja recenzja jego debiutu znajduje się już na blogu (klik). 
Ta euforyczna opinia jest wciąż aktualna. Z perspektywy czasu mogę dodać, że materiał równie świetnie sprawdza się na koncertach. Nie ma tygodnia, bym nie wróciła do tego krążka.






CZERWIEC 

Fismoll - At Glade


To dzieło stworzone z myślą o eskapistach. Najbardziej docenią je ludzie silnie odczuwający, nieprzystosowani do rzeczywistości. Ci, którzy każdego dnia marzą o ucieczce od codzienności i przeniesieniu się na magiczną polanę, znajdującą się niedaleko osiedla Fismolla, gdzie powstawały te niezwykłe, inspirowane naturą kawałki.  

Arkadiusz Glensk to poznaniak o skandynawskich korzeniach, obdarzony ogromnym talentem i niespotykaną wrażliwością. Muzyką zajmował się od dawna. Po kilku latach odtwarzania nut podczas zajęć w szkole muzycznej zapragnął czegoś więcej. Zaczął tworzyć muzykę opartą na własnych emocjach, zapominając o chłodnej, powtarzalnej kalkulacji. Dzięki przepięknym coverom publikowanym na Youtube odkryłam go zarówno ja, jak i Robert Amirian. At Glade to kolejne genialne wydawnictwo jego labelu. Wszechstronnie uzdolniony Fismoll nie mógł trafić pod lepsze skrzydła. Robert postawił na jego drodze najbardziej odpowiednich ludzi - począwszy od Mandy Parnell, która zajęła się masteringiem debiutanckiego albumu Arka. To spore wyróżnienie dla Polaka, bowiem odpowiada ona za brzmienie artystów takich jak m.in. Björk, Sigur Rós, Feist czy Depeche Mode. 
Jestem pewna, że ten album zmienił muzyczny świat wielu moich rodaków. Polska potrzebuje takich właśnie reprezentantów. Szlachetnej, wysmakowanej sztuki, klimatycznych aranżacji na światowym poziomie. At Glade to świetny, dojrzały debiut, dzięki któremu Fismoll dotarł do szerszej publiczności. To przepięknie skomponowana opowieść o uczuciach, pełna porażającej ciszy i elektryzującego spokoju. Z pewnością zachwyci fanów ciepłych, eterycznych dźwięków w stylu Bona Ivera, Damiena Rice'a  czy Iron & Wine. 
Nie jestem w stanie wyróżnić żadnego utworu. Dla Arka najważniejszy jest Song Of Songs, do którego tekst napisał Robert Amirian, choć do tej pory wokalista odnajdywał się wyłącznie w interpretacji własnych słów. Wszystkie kompozycje tworzą zachwycającą, spójną całość, od której nie sposób się oderwać. Choć nic tak cudownie nie kołysze do snu jak oniryczny głos Fismolla, bardzo ucieszyła mnie wiadomość o planach artysty. Marzy on o tworzeniu muzyki filmowej i wydaje mi się, że ma do tego idealne predyspozycje. 




Natalia Natu Przybysz - Kozmic Blues: Tribute To Janis Joplin


Tej artystki nie muszę nikomu przestawiać. Natalia Przybysz funkcjonuje na polskim rynku muzycznym nie od dziś. Znamy ją chociażby z rodzinnego projektu Sistars oraz solowych wydawnictw. Jej najnowszy album został stworzony w hołdzie dla Janis Joplin, ikony muzyki lat 60. Kozmic Blues to świetne covery, będące dowodem nieśmiertelności kultowych kompozycji. Natalia nadała im lżejsze brzmienie, tworząc soulowe interpretacje bluesowych hitów. Artystce należy się wielki plus za to, że zaaranżowała je po swojemu, dzięki czemu fani Janis nie muszą obawiać się profanacji. Natu nie próbuje konkurować z genialnym pierwowzorem. Dzięki świetnemu warsztatowi i klasycznemu frazowaniu stworzyła wpadającą w ucho, rhythm'n'bluesową wersję popularnych szlagierów. Pokochałam pełne ciepła i siły, hipnotyzujące Kozmic Blues, To Love Somebody oraz Maybe
Przybysz postanowiła zawrzeć na krążku również jeden autorski utwór, zatytułowany Niebieski. Trudno nie dostrzec nawiązania do angielskiej nazwy białego soulu (blue-eyed soul). I choć Natalia nie jest autorką legendarnych kompozycji, w dalszym ciągu jest to kawał dobrej, aranżacyjnej roboty. 





LIPIEC 

Lilly Hates Roses - Something To Happen


Nienawidząca róż Lilly to poznańsko-toruński duet, który może pochwalić się dwuipółminutowym debiutem radiowym w amerykańskiej rozgłośni KEXP. Kasia Golomska i Kamil Durski zostali zauważeni przez cały świat, podpisali kontrakt płytowy i wygrali prestiżowy konkurs. Zagrali mnóstwo koncertów, w kraju i za granicą, na Open'erze i m.in. z Dawidem Podsiadło. Wszystko dzięki pierwszej wspólnie nagranej piosence - magicznej, chilloutowej kompozycji, która już od pierwszych sekund nastraja pozytywną energią (Youth).

Jego przygoda z muzyką zaczęła się od Nevermind, kultowego albumu Nirvany, który pożyczył od kolegi w wieku 12 lat. Fascynacja klasyką grunge'u poskutkowała zamiłowaniem do gitary. Ona zaczęła śpiewać już jako siedmioletnia dziewczynka. Razem stworzyli własny, intymny świat. Najlepiej brzmią, gdy śpiewają jednocześnie, zachwycając harmonijnym połączeniem ciepłych głosów. 
Teksty i muzyka są dziełem Kamila. Opowiadają o uczuciach w naturalny, nieprzekombinowany sposób. Utrzymane są w akustycznym, indie-folkowym klimacie. Para śpiewa głównie w języku angielskim, choć po polsku radzą sobie równie dobrze. Dowodem na to jest przepiękny kawałek Kto jeśli nie my?, który urzeka zapętlającym się fragmentem: "bo kto, jeśli nie my, i gdzie, jeśli nie tu, i z kim, jeśli nie z tobą, i kiedy, jeśli nie już". Na wspomnienie zasługuje także finalny, minimalistyczny utwór, który ma w sobie coś z nierzeczywistego marzenia sennego (Bridgets, Tickets and Old Relatives). 
Do Something To Happen wracam zawsze wtedy, gdy potrzebuję odpoczynku i wyciszenia. A to oznacza, że robię to bardzo często. Tym bardziej, że produkcją albumu zajął się Maciej Cieślak (Ścianka, Lenny Valentino), a masteringiem Andrzej Smolik. 




SIERPIEŃ 

Ocean Of Noise - Ocean Of Noise


Projekt młodego twórcy rozkwitł dzięki stypendialnemu wsparciu prezydenta Białegostoku. Do współpracy przy debiutanckim krążku Rafał Konopka zaprosił nieprzypadkowych artystów polskiej sceny alternatywnej, którzy stworzyli słowa do dema czekającego od dawna na opublikowanie. Szczerze mówiąc dziwię się, że o tym wydawnictwie nie zrobiło się głośniej. Tym bardziej, że dzięki bogatemu, ambitnemu brzmieniu, kreującemu przeróżne nastroje, reprezentuje ono najwyższy światowy poziom. To niezaprzeczalnie jeden z najlepszych i najbardziej niedocenionych albumów minionego roku. 
Rafał skontaktował się między innymi z frontmanem Much. Michał Wiraszko zaśpiewał w jedynych w języku polskim i jednocześnie najbardziej niepokojących kawałkach (June  i 200). Gościnnie wystąpił także Piotrek Brzeziński, znany szerzej jako Peter J. Birch. W utworze z noise'owym outro (Syntagmatic Relations) pokazał swą intrygującą, radioheadową stronę. Absolutnymi perełkami są ciepłe piosenki z udziałem Magdaleny Nowety, będące wyjątkowo udanym połączeniem kobiecej subtelności ze stopniowanym napięciem brzmieniowym (I Want You, All I Want To Say). Na uwagę zasługuje także ballada Suicide z Piotrem Zalewskim oraz eksperymentalne Disastrous, stworzone z pomocą Marty Trusewicz. 
Ocean Of Noise jest stylowym, dopracowanym krążkiem, pełnym unikatowych kompozycji. Dzięki owocnej współpracy kreatywnych muzyków powstał dźwiękowy kalejdoskop, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.





2014/01/29

at this evil sleepless night


Zima to nie astronomiczna pora roku. 
Zima to opieranie rozgrzanego czoła o oblodzoną szybę, przepływ wątpliwości od płatów mózgowych do zmrożonego szkła w pokoju zanurzonym w ciemności. To nierozerwalne splątanie swego jestestwa z kocem wśród szarości marmuru parapetu. Odbywanie podróży bardziej niż zwykle do Nikąd. Zaglądanie do niepamiętnika pogubionych włosów i ideałów. 
Jedynym źródłem nadziei jest nikłe światło dogasającej latarni. Nie starej, gazowej, gustownie obrośniętej bluszczem niczym dobrymi wspomnieniami. Kilkumetrowy, betonowy słup-realista, nietknięty wyobraźnią i duchem czasu, uświadamia, że to nie ciepło kaloryfera powoduje sublimację marzeń o dwóch stykających się flanelowych koszulach pośród drewna i oswojonego ognia. Próżno także obwiniać wirujące płatki śniegu o unierzeczywistnienie prywatnego, maleńkiego wszechświata...
Gdy na twarzy nie drgnie żaden mięsień, nic to, że nie warto. 


Z racji wpisanego głęboko w mój genotyp zamiłowania do języka, wszelkich form pisemnych, czcionki nie bez przyczyny odciśniętej na fantazjonośnym papierze, nad fikcję literacką cenię słowne eksperymenty. Dzisiejszego wieczoru zatem z piedestału ustępuje na moment twórczość poetów wyklętych, by zrobić miejsce kilku perłom lingwizmu.
Brak mironczarni i namuzowywania.
Koktajl bananowy z miodem i same tylko wiersze wybrane i dobrane.


MIRON BIAŁOSZEWSKI
Z WIERSZY NOWYCH 

Kontemplacja 

Wrony do pracy.
Ja ich obserwacy. 
One gdzie?
                    na dwunastym.
Ja w dziewiątym piętrze.
Poleciałbym.
Chęci najprędsze
ale skrzydła mdłe. 

Podfruwaje

Rozparzenie 
niewytrzymywanie chwili 
gna gorąc wieczności
a tu trzeba chłodu
niemijania 
a gdyby tak lodu
w miejscu stania? 
nieopłacalne!
roztopienie polotu
za wiekami 
w pół nas

Faramuszki

Natchnienie w drzwiach 
W takich chwilach
w rozchylach się wstań do wyjść
jak na motylach nagły ja
nagła mylś
olśnienie
i nawet jak jej zapomnienie
z miejsca
to uniesienie to coś
nim się zdechnie 

Fatygi 

stanąć do góry nogami
do nieba
odbić się
i odfrunąć 


2014/01/23

the best of 2013 in (polish) music - part one


Przez ostatnie tygodnie byłam w trakcie przygotowywania muzycznego podsumowania ubiegłego roku. Dziś więc będzie co nieco o albumach, o których do tej pory nie odważyłam się wspomnieć. Często nie jestem w stanie ubrać w słowa mojego nieprzemijającego zachwytu nad niemainstreamową twórczością polskich artystów, a tego roku słuchałam przede wszystkim rodzimych produkcji. Odnajduję wśród nich wszystko to, czego inni szukają za granicą - ogrom talentu i waleczności oraz najwyższą jakość dźwięków. 
Przedstawiam zatem pierwszą część przeglądu wydawnictw, które nadal siedzą głęboko w moim sercu. Albumów, które nie pozostawiają miejsca dla konkurencji przez wiele dni po swej premierze. Najpierw nie sposób się od nich oderwać, później idealnie współgrają z moimi nastrojami oraz innymi ulubionymi krążkami. I choć ciekawych płyt w 2013 roku było wiele, poniżej kilka słów tylko o starannie wytypowanych faworytach, których pod żadnym pozorem nie wolno zignorować.

STYCZEŃ

Patrick the Pan - Something of an End


29 grudnia 2012 r. to prawie jak styczeń 2013, prawda? Niezależnie od obiektywnej odpowiedzi, przy okazji tego podsumowania nie mogę nie wspomnieć o tym albumie. Można go w całości znaleźć chociażby w serwisie YouTube, gdyż autor udostępnia swą muzykę za darmo. 
Byłam zaintrygowana, gdy tylko usłyszałam, że Piotr wydał go samodzielnie po dwumiesięcznych nagraniach w domowym zaciszu. Zresztą, wszystko zrobił sam - napisał teksty i muzykę, jest także odpowiedzialny za miks, mastering i produkcję. W mojej głowie między innymi te właśnie elementy składają się na obraz Artysty przez duże "a". Szczególnie jeśli owa niezależność połączona jest z duchem Radiohead, Lenny Valentino czy Myslovitz. Piotr Madej, znany pod pseudonimem Patryk Patelnia, tworzy tajemnicze melodie pełne niezwykłej tęsknoty i subtelności, która budzi z odrętwienia skrywane powody do oczyszczającego płaczu i uśmiechu przez łzy. Uwielbiam majestatyczne dźwięki fortepianu przeplatające się z nostalgią smyczków i oszczędnością słów. Wyjątkowo bliskie są mi delikatne, songwriterskie klimaty, mogłabym więc w nieskończoność słuchać utworów takich jak Slowly czy Finally We're One
Something of an End łączy cięższe brzmienia z elektroniką i przeważającymi akustycznymi momentami. Sentymentalnym kompozycjom towarzyszy zaskakująca linia melodyczna, która pozwala na przemieszanie nierzeczywistych odgłosów. Ma się wrażenie, że Piotrowi obce jest pojęcie gatunku muzycznego. Dowodem na to jest chociażby eufoniczne brzmienie kawałka Men Behind The Sun
Największym i jedynym minusem tego albumu jest to, że trwa tak krótko. Na szczęście artysta decyduje się zaprezentować Hełm Grozy, finałowy utwór, jedyny w naszym pięknym polskim języku. Sprawia, że serce zaczyna bić szybciej, a na każdy nowy dźwięk czeka się z nabożeństwem.
 


Peter J. Birch - When The Sun's Risin' Over The Town


To debiutancki album jednego z najczęściej koncertujących artystów w Polsce. Piotrek rodzinny kraj zjeździł wzdłuż i wszerz. Występował między innymi na festiwalach takich jak Open'er czy OFF. Swą twórczość wielokrotnie promował również za granicą podczas europejskich tras koncertowych. 
Kim jest obdarzony ogromnym talentem kompozytor i ujmujący wokalista Peter John Birch? Na pewno nie wygląda na Piotrka Brzezińskiego, chłopaka pochodzącego z Wołowa, małego miasta leżącego na Dolnym Śląsku. Dzięki swojemu wizerunkowi, idealnie podkreślonemu poprzez męski głos, długą brodę oraz okulary, przypomina bardziej mieszkańca Dzikiego Zachodu. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze nigdy nie odwiedził Stanów. Ten dwudziestodwuletni wrocławski student filologii hiszpańskiej swe serce oddał tradycyjnej amerykańskiej muzyce. W jego twórczości nietrudno dostrzec wpływy takich artystów jak Johnny Cash czy Bob Dylan. Inspiruje go przede wszystkim folk i alternatywne country. Przepięknym, akustycznym kompozycjom towarzyszy opis obrazów, które przebiegają Peterowi przed oczami. I ja te obrazy czuję całą sobą. Każdego długiego, zimowego wieczoru zamieniają mój ciepły koc w wysoką trawę, kołyszącą się na delikatnym wietrze pod rozgwieżdżonym niebem. To uczucie uzależnia i dlatego też czekam na nowy album Petera, którego premiera zapowiadana jest na pierwszą połowę tego roku. Dzięki mrocznym, zaskakującym aranżacjom ma on znacznie odbiegać klimatycznie od When The Sun's Risin' Over The Town. Pojawią się także elementy elektroniki oraz gitara elektryczna. 
Claudette, singiel promujący pierwszy longplay artysty nie da się porównać z niczym innym. Teledyskiem do tego utworu przez przypadek stał się film autorstwa Aleksandry Kiszki, który świetnie współgra z nastrojem kawałka.
 


LUTY

Milcz Serce - Nawyki/Kolizje


Ogromnym sentymentem darzę zespoły, które narodziły się w Mysłowicach. Jednym z nich jest alternatywna formacja Milcz Serce, która niestety nie jest jeszcze na tyle doceniona, na ile zasługuje. Swój pierwszy album udostępnili w sieci, drugi został wydany przez Wytwórnię Krajową i trafił na półki sklepów muzycznych. 
Nawyki/Kolizje to krążek utrzymany w klimacie miejskiej depresji. Industrialny folklor pozwala na współistnienie dźwięków nieprzypadkowo dobranych instrumentów, m.in. gitary, akordeonu, mandoliny czy saksofonu, oraz odgłosu psa szczekającego gdzieś w oddali. W nostalgicznej twórczości Milcz Serce najważniejszy jest jednak przekaz słowny. Uwielbiam te błyskotliwe, niebanalne metafory, których połączenie przypomina bardziej poezję niż teksty piosenek. Chyba każdy jest w stanie wyobrazić sobie mężczyznę, który "ze ślubnej koszuli tnie opatrunki". Mój prywatny numer jeden to Sól, właśnie dzięki urzekającej warstwie lirycznej autorstwa Barta Björna ("w nasze rany sól, wagon soli, by nie powiedział ktoś, że nie boli; a w nasze oczy piach, cały Synaj piasku, by nie mówił nikt, że widzi jasno"). 
Ponure, mądrze napisane kawałki nie powodują u mnie przygnębienia, lecz skutkują poprawą nastroju i przyjemnym katharsis. Mimo to trochę żałuję, że singiel Luty nie znalazł się na płycie. Czuję, że idealnym zwieńczeniem materiału byłyby słowa "cieszy mnie miejsce przy oknie; znów jestem chłopcem, który liczy samochody". Być może jednak w tym wypadku takie przełamanie pesymizmu nie byłoby pożądane. 
Bardzo lubię ten klip. Nietrudno dostrzec w nim nawiązania do jednego z najpiękniejszych filmów w historii kinematografii. Mowa oczywiście o Into The Wild.


MARZEC

Mikromusic - Piękny koniec


Naprawdę piękny, ale na szczęście nie koniec. To już piąty album wrocławskiego bandu
Mikromusic i jednocześnie pierwszy, który tak bardzo mnie zaintrygował. Na krążek składają się w większości spokojne, rytmiczne melodie, którym towarzyszy subtelny, ciepły wokal. Natalia opowiada o trudnych rzeczach tak czarująco, że powoduje mimowolny uśmiech na mojej twarzy. Nawet jeśli śpiewa o pająkach bez nóg, które szepcą i łypią okiem (dramatyczne Biedronki w słoikach). 
Świetnym kompozycjom towarzyszy beztroska zabawa słowem. Znajdziemy tu liryzm i melancholię (Za mało), mroczne niedopowiedzenia (Śmierć pięknych saren) oraz drobiazgowość w opisywaniu piękna świata (Sopot). Zastanawia niepokojąca historia pożaru, którego nikt nie gasi, i chłopaka, który zabijał koty (Pożar). Smutkiem napawa rozciągnięty, depresyjny utwór, pełen egzystencjalnych rozważań, nadziei i skrajnych emocji (Halo). 
Na krążku nie brak miejsca także na wesołe kawałki z charakterystyczną dla twórczości Mikromusic ironią i przewrotnością. Na uwagę zasługuje narcystyczne wyznanie w etno-jazzowym klimacie (Jestem super) oraz niemalże już kultowa modlitwa o idealnego partnera. Takiego chłopaka ma szansę stać się ponadczasowym hymnem niezdecydowanych panien.




KWIECIEŃ 

UL/KR - Ament


Ament to ambitna kontynuacja świetnego debiutu UL/KR. Duet z Gorzowa udowadnia, że niezwykły charakter pierwszego wydawnictwa nie był dziełem przypadku. Ponownie mamy do czynienia z samą esencją beznadziejności połączonej z odrealnieniem. Znów każde wyrażenie godne jest zacytowania i okrzyknięcia genialnym. Artyści miksują dźwięki nie z tego świata, zostawiając sporo przestrzeni dla wypowiadanych nieoczywistości. Powtórnie nie jestem w stanie wybrać jednego ulubionego kawałka, ponieważ wszystkie tworzą spójną, wpadającą w ucho całość. 
UL/KR nie potrzebuje dużo słów, by dotrzeć głęboko. Trudno oprzeć się uderzającej szczerości przebijającej przez unikatowe teksty ("no i masz tę swoją magię, niż z Niemiec wschodnich"). Nie istnieje na polskim rynku muzycznym drugi taki zespół. Dlatego też martwi mnie ogłoszone w grudniu zawieszenie działalności grupy. Mam nadzieję, że potrwa ono możliwie jak najkrócej i UL/KR powróci z nowym uzależniającym materiałem. Koniecznie we własnym, niepowtarzalnym stylu.



Novika - Heart Times


Jeśli komuś elektronika kojarzy się z banalnymi, epatującymi seksualnością wersami, powtarzanymi bezładnie jak mantra, to nadeszła pora to zmienić. Najnowsze wydawnictwo Kasi Nowickiej jest takim dźwiękowym patchworkiem, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. 
Heart Times to sporo duetów i przeróżnych współpracy. Znajdziemy tu zarówno emocjonalny indie pop w stylu The xx, jak również klimatyczne downtempo. Cały materiał absorbuje uwagę słuchacza swą wybitną przebojowością. Delikatna melancholia i refleksyjność przewijająca się przez krążek nie pozwala jednak beztrosko kołysać się w rytm deep house'owych dźwięków. 
Z jednej strony Partner in Crime napawa pozytywną energią, z drugiej przesłodka Mommy Song z przymrużeniem oka opowiada o skomplikowanej relacji pomiędzy rodzicami a dzieckiem. Na uwagę zasługuje niemal akustyczne Safest czy też pełna przestrzeni kompozycja Useless Escape, w której Novika ujawnia swą bardziej subtelną stronę. Napisany razem z Karoliną Kozak utwór Scenariusz jest dowodem na to, że po polsku Kasia brzmi równie dobrze.
Moim numerem jeden jest She's dancing, kawałek, w którym nastrojowa elektronika przenika się ze skandynawską prostotą i chłodem.



Stara Rzeka - Cień chmury nad ukrytym polem


Stara Rzeka to jeden z wielu solowych projektów tajemniczego Kuby Ziołka. Idea narodziła się z dala od miasta, w samym sercu Borów Tucholskich. Na potrzeby projektu muzyk stworzył rozbudowaną ideologię, która sprowadza się do pojęcia brutalizmu magicznego. Charakter wydawnictwa najlepiej oddaje już sama szata graficzna albumu w postaci wycinanki kurpiowskiej z zastanawiającą turpistyczną symboliką. 
W Cieniu chmury nad ukrytym polem nie chodzi o gatunki ani inspiracje. Trudno doszukiwać się tu wpływów brytyjskich czy skandynawskich. Nie da się sklasyfikować połączenia intensywnych drone'ów, szeroko pojętego ambientu, akustycznego folku oraz elektronicznego rocka progresywnego z blackmetalowymi partiami. Tę kreatywną improwizację najprościej określić psychodelią zanurzoną w słowiańskich realiach. Artysta utrzymuje, że "istota muzyki przynależy do istoty rzeki i jest z nią nierozerwalnie spleciona". Nagranie tego albumu wynikało z potrzeby opowiedzenia historii o samotnej podróży do źródeł sztuki i kultury i niewiele miało wspólnego z wpływem folkloru. Materiał został wydany w dwóch wersjach przez odmienne wytwórnie. Wersja kasetowa różni się od CD dwoma kawałkami. 
Kuba Ziołek nie zna ograniczeń w swej intuicyjnej zabawie surowym brzmieniem. To artysta poszukujący, który dzięki zamierzonemu rozrzutowi stylistycznemu tworzy niecodzienną, mroczną atmosferę. Jest jedynym twórcą tego dzieła, autorem każdego słowa i dźwięku. Trzeba w ogóle nie słuchać muzyki, żeby tego nie docenić. 
Jestem wielką fanką mistrzowskich, onirycznych tekstów Kuby ("Woła cię noc, byś w morzu traw podążał za swym snem o złym. Woła cię las, byś w gąszczu stał i tracił wzrok, gdy złe śpi."). Najciekawszy kawałek to niewątpliwie Tej nocy/Broń nas od złego, inspirowany poezją Awrahama Chalfiego oraz napisem na pewnej kapliczce.



Trupa Trupa - ++


To drugi długogrający album trójmiejskiej Trupy Trupa, na którym pesymizm i liryczna perwersja przeplata się z chwytliwym brzmieniem. W inteligentnych tekstach na każdym rogu czai się śmierć. Artyści opowiadają o wszystkim, co napawa złością i nienawiścią. Przewrotnym tekstom towarzyszy sentymentalna linia melodyczna. To dojrzałe, eksperymentalne wydawnictwo, które przypadnie do gustu fanom grup takich jak The Smiths, Joy Division czy Pink Floyd. 
Krążek rozpoczyna przerażające I Hate - kawałek, w którym wokalista niczym rasowy psychopata wykrzykuje życzenia wszystkiego, co najgorsze m.in. dla przyjaciół, żony czy syna. Po takiej dawce energii nadchodzi spokojniejsza, kojąca zmysły melodia (harmonijne Felicy). Warto wspomnieć także o utworze Miracle, będącym hołdem złożonym współczesnemu shoegazowemu rock and rollowi. See You Again przywodzi na myśl skojarzenia z twórczością Franz Ferdinand czy Arctic Monkeys. Podczas gdy mantrowe Exist traktuje o niebycie, a Home to spokojna opowieść o przemocy domowej, nawet Sunny Day nie jest optymistyczną piosenką z plażowiczami w tle. 
++ to oryginalny album, wypełniony transowymi, depresyjnymi kawałkami, do których w gorszych momentach miło się wraca.