2013/09/11

we all are dwarfs - part one



Ten blog zrobił się chyba zbyt poważny. Brakuje beztroski i naiwnej, dziecięcej radości. Dlatego też w najbliższym czasie zamierzam opublikować tu... bajkę, która być może zaciekawi nie tylko moich najmłodszych czytelników. Jest to pierwszy utwór o takim charakterze, jaki udało mi się stworzyć w życiu. Było to niezwykle ciekawe i pouczające doświadczenie, bowiem nie ma bardziej wymagającej grupy odbiorców niż dzieci, do których percepcji należy odpowiednio dostosować język i styl. Ową bajkę napisałam na początku kwietnia bieżącego roku z okazji Wrocławskiego Festiwalu Krasnoludków, który odbędzie się już po raz czwarty w dniach 13-14 września, a więc w przyszły weekend.




Postanowiłam podzielić tekst na trzy części, żeby nie zniechęcić nikogo do zapoznania się z treścią bajki z powodu jej dosyć sporej długości. Dzisiaj zamieszczam pierwszy fragment. Sugeruję podejść do niego z lekkim dystansem, wszak wszyscy jesteśmy krasnalami. Co więcej, w każdym z nas drzemie dziecko, pragnące idyllicznego obcowania z esencją piękna i cudowności świata. Zaznaczam, że sytuacje opisane w utworze zdarzyły się naprawdę. Jak nietrudno się domyślić, rzecz dzieje się we Wrocławiu, który jest prawdziwym królestwem naszych skrzacich przyjaciół...




KRASNALOVA HISTORIA

            Gdy latarnie gasną z sykiem, słychać delikatny szelest tańczących na wietrze liści. Wtóruje mu pieśń kropli wody, które skapują z rynien i parapetów dziecięcych sypialni. Gwiazdy zaczynają nucić baśniową kołysankę, a powoli sunące po nocnym niebie chmury sprawiają, że cały świat zapada w sen. W tym momencie wszystkie krasnoludki na świecie zaczynają cichutko snuć swe magiczne opowieści. Najwięcej wesołych skrzatów mieszka we Wrocławiu. Po zachodzie słońca wystarczy więc otworzyć szeroko okno, zamknąć oczy i szczerze się uśmiechnąć, by usłyszeć szmery rozmów krasnali. Skarbnicą najbardziej poruszających historii jest pewien mędrzec o imieniu Opiekunek. Całymi dniami i nocami troskliwie kołysze on w swoich silnych ramionach Krasnomaleństwo, zabawiając je pouczającymi opowiastkami. Właśnie teraz zaczyna opowiadać swoją ulubioną, a brzmi ona tak… 
            Nie tak dawno temu, za siedmioma przecznicami i siedmioma przystankami, maleńka istotka pozdrowiła skinieniem spiczastej czerwonej czapeczki śliczną posiadaczkę rozwianych warkoczy. Świetlik giął się w ukłonach do samej ziemi, a dokładniej dachu tramwaju, którym podróżuje każdego dnia. Machał swojej przyjaciółce, wesołej Truchci, której ulubionym zajęciem jest bieganie po ulicach Wrocławia. Nie obchodzą jej zaloty i tęskne spojrzenia wszystkich mężczyzn w mieście, na których ogromne wrażenie robią zaróżowione od zdrowego ruchu policzki, błyszczące oczy koloru fiołków i czarujący uśmiech. Mało kto wie, że próbuje ona zwrócić na siebie uwagę śpiącego bez przerwy na ławeczce Chrapka. Wzbudzenie zainteresowania w znudzonym krasnalu stanowi dla niej niebywałe wyzwanie. 
Świetlik jest bystrym obserwatorem. Już dawno dostrzegł figlarne zerkanie Truchci w stronę największego śpiocha w historii skrzatów. Dobroduszny krasnoludek rozumie swoją przyjaciółkę bez słów. Pragnie, żeby poznała Chrapka i wniosła radość do jego monotonnego życia. Zeskoczył zatem z dachu pojazdu, ryzykując przy tym potarganie odzienia utkanego z płatków najdelikatniejszych kwiatów. Nikt do tej pory nie domyślił się, jakich argumentów użył Świetlik, żeby namówić nieuleczalnego lenia do towarzyszenia mu i Truchci w podróży luksusowymi liniami tramwajowymi po mieście oferującymi najbardziej malownicze widoki. Faktem jest, że Chrapek zgodził się na tę eskapadę pod warunkiem, że będzie mógł bezkarnie położyć się na dachu i zasnąć, jeśli nie zaciekawi go różnorodny krajobraz Wrocławia. 
            Chwilę później bardziej dociekliwi mieszkańcy mogli zauważyć trójkę maleńkich istot, przemierzających miejską komunikacją najpiękniejsze rejony swej rodzimej osady. Z zaciekawieniem wystawiali oni garbate noski w stronę zabytkowych kamieniczek, zachwyconymi spojrzeniami obrzucali gotyckie kościoły i barokowe budynki potężnego kompleksu uniwersyteckiego. Świetlik znał najlepiej historię powstawania unikatowego miasta, dlatego też jął opowiadać legendę mówiącą o Auli Leopoldina. 
            Chrapek początkowo szeroko ziewał i leniwie przeciągał się, przecierając piąstkami zaspane oczka. Widać było, że próbuje niezauważalnie dla kompanów podróży odnaleźć idealne miejsce do położenia się i odpłynięcia myślami gdzieś wysoko nad Sudety. W głowie wyobrażał sobie, że zaśnie jak suseł, a delikatne kołysanie wagonu pozwoli mu całkowicie się zrelaksować. Zdjął więc buciki, które ułożył równiutko obok przyszłego legowiska. Już prawie przykrył się cieplutką kapotką po samą czapeczkę, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Zerwał się z posłania, podskoczył w miejscu, rozdziawił ze zdziwienia różane usteczka. Lekko przestraszył Świetlika, kiedy zaczął nim potrząsać i z podziwem w oczach wskazywać na czarodziejsko oświetlony most, przez który właśnie przejeżdżali. 
- Cóż za fenomenalny obraz! – wykrzyknął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz