2013/09/28

it feels like coming home


Z każdym zachodem słońca robi się coraz bardziej efemerycznie. Gęsia skórka dopomina się o wełnę zbyt dużych swetrów, których rękawy bezwiednie naciągam na zmarznięte dłonie. Lekkie, owocowe balsamy ustępują miejsca intensywnie nawilżającym masłom o zimowych zapachach. Orzeźwiające koktajle oraz kawę mrożoną po grecku zastępuje gęsta gorąca czekolada z bitą śmietaną i stopniowo rozwijające się, tęsknie wirujące listki herbacianego suszu. 
Wkrótce we wzburzonym morzu utoną ostatnie zamglone promienie słońca. Nad płomieniami świec unosić się będzie korzenna woń. A ja będę opierać się o grzejniki, parząc sobie skórę przez kilka warstw ubrań, gdy za oknem będzie szaleć śnieżna zamieć. Skryję się przed pustką hermetycznie opatulona ogromnym, kolorowym szalikiem, lecz mimo to będę odczuwać brak.




Słuchając najnowszego wydawnictwa Mazzy Star, mam przedziwne wrażenie, że czas się zatrzymał. Czuję, że całe moje życie było oczekiwaniem na jego publikację. Byłam obecna na tym świecie niewiele ponad miesiąc, gdy ukazał się Among My Swan. Minęło jednak wiele lat nim poznałam Hope Sandoval, która już na zawsze pozostanie jedną z najbliższych mojemu sercu Artystek. Zakochałam się w jej wrażliwości, w tym niesamowitym, będącym bezcennym darem rozmytym wokalu, który tak subtelnie przeplata się z leniwymi dźwiękami.
Seasons Of Your Day  jest albumem, na który przyszło czekać fanom Mazzy Star siedemnaście lat. Gdy dowiedziałam się o reaktywacji zespołu, radość z jego wystąpienia na OFF Festivalu zmieszała się z obawą spowodowaną upływem czasu. Klimatyczna twórczość lat 90. nie ma bowiem wiele wspólnego ze współczesnym rynkiem muzycznym. Nie chciałam, aby nowy materiał odbiegał pod względem niespotykanego nastroju od krążków sprzed lat. 
Donoszę więc, iż jestem absolutnie zachwycona premierą przepięknej ścieżki dźwiękowej mych niespokojnych snów. I że nie jestem w stanie napisać nic więcej.

2013/09/22

mechanical bull with loud love to AM


Nie wystarcza mi czasu na tak dużą liczbę obszernych, wnikliwych recenzji, jaką mogłabym i chciałabym napisać, a na ilość godnych uwagi produkcji nie można ostatnio narzekać. Dlatego więc, jako iż słucham sporo nowej muzyki (przedpremierowo lub premierowo), postanowiłam w telegraficznym skrócie podsumować trzy ciekawe wydawnictwa. Dziś wieczorem mojemu subiektywizmowi poddam arktyczne małpki, tych, którzy będą się podobać oraz królów Leonu.


AM, Arctic Monkeys

Premiera: 9/09/2013 
Bardzo dobry album. Komercyjny sukces mają szansę odnieść nie tylko niezwykle hitowe, wpadające w ucho R U Mine?, Do I Wanna Know? i  Why'd You Only Call Me When You're High?. Od momentu, gdy zobaczyłam tracklistę, zastanawia mnie fakt, dlaczego tylko tytuły tych utworów zostały ujęte w formie pytań. Mam szczerą nadzieję, że fenomen singli wkrótce podzieli Arabella, mój numer jeden z AM. Oprócz wielu energetycznych kawałków krążek zawiera melancholijne ballady, takie jak Mad Sounds czy też finałowe I Wanna Be Yours, które spokojnie mogłyby pochodzić z debiutanckiej EP-ki Alexa Turnera, lidera Małpek (Submarine).





Loud Like Love, Placebo

Premiera: 16/09/2013 
Spodziewałam się troszeczkę więcej po owym szumnie zapowiadanym w mediach krążku. To nie tak, że się zawiodłam, nie oczekiwałam przecież drugiego Battle for the Sun z odpowiednikiem genialnego For What It's Worth. Najbardziej gorliwi fani zespołu w najnowszym wydawnictwie z pewnością odnajdą ducha starego, dobrego Placebo, ale czy to wystarczy, żeby nie pozwolić przeciętnemu odbiorcy oderwać się od odtwarzacza? W moim przypadku magia nie zadziałała aż tak intensywnie paraliżująco, choć przyznaję, że nie warto szukać na tym albumie rozczarowującej wtórności. Przyjemnie wkręca się chwytliwy singiel Too Many Friends, żywiołowe Rob The Bank i jedna z najpiękniejszych piosenek w dorobku Placebo, Bosco.




Mechanical Bull, Kings Of Leon

Premiera: 24/09/2013 
Czuć, że Kings of Leon mają świadomość, iż nie muszą już niczego nikomu udowadniać. Czuć radość ze wspólnego tworzenia świetnych melodii, które trafią później na szczyty list przebojów oraz do serc wielu osób. Mechanical Bull to naprawdę wspaniały krążek. Wiem, że będę często do niego wracać. Na pozytywną ocenę zasługuje niemalże każda kompozycja, większość zdradza singlowy potencjał. Jest męsko i rockowo (Supersoaker), a zarazem romantycznie i delikatnie (Wait For Me). Najbardziej jednak urzekło mnie odrobinę folkowe Family Tree i nostalgiczne Beautiful War.




2013/09/16

it has all of the characteristics of addiction


Niewiele jest zespołów, których twórczość uwielbiam bez wyjątku, od początku do końca. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do jakiejkolwiek piosenki. Co więcej, znam wszystkie teksty na pamięć, opisuję ich fragmentami ważne momenty, mogąc do każdej sytuacji dopasować odpowiedni cytat. Rolę jednego z takich bandów w moim życiu gra MGMT, amerykański skład zajmujący się psychodelicznym rockiem oraz indie popem spod znaku Foster the People, The Drums i innych. 

Debiutancki longplay The Management, Oracular Spectacular obfituje w energetyczne hity, które natychmiast przebiły się do mainstreamowych rozgłośni radiowych. Time to Pretend  tak bardzo spodobało się twórcom sztuki komercyjnej, że intro tego utworu usłyszymy w reklamie batonika Duplo, pomimo tego, iż jego tekst wyraźnie zniechęca do konsumpcji czegokolwiek (we'll choke on our vomit and that will be the end). Pierwszy singiel MGMT stanowi także element ścieżki dźwiękowej do bardzo dobrego amerykańskiego kryminału, 21 


Pierwszy krążek MGMT zawiera również takie kawałki jak diabelnie seksowny Electric Feel, ponadczasowy hymn młodzieży (The Youth) czy już niemalże kultowe Kids. Moje serce skradły jednak o wiele mniej popularne Pieces of What Weekend Wars. 


Na drugi studyjny album MGMT przyszło czekać fanom ponad dwa lata. I było warto, mimo iż nie odniósł on tak dużego marketingowego sukcesu jak pierwszy. Congratulations zawiera więcej bezładności, dźwiękowych halucynacji i urojeń. Zespół pokazuje swą ciemną, niezwykle mocną stronę poprzez takie utwory jak Someone's Missing czy Lady Dada's Nightmare. Najlepszym podsumowaniem tego wydawnictwa jest teledysk do It's Working. 



Gdy minęło kilka miesięcy od premiery Congratulations, moja muzyczna zachłanność zapragnęła jeszcze więcej pięknego głosu Andrew VanWyngardena, śpiewającego szorstkie teksty, w większości wychodzące spod pióra samego wokalisty. Ku mojej radości, zespół w kwietniu bieżącego roku wypuścił utwór zatytułowany Alien Days, który zapowiadał zdecydowanie najbardziej dojrzały i ambitny album MGMT. Natomiast na początku sierpnia zaprezentował klip do drugiego singla pochodzącego z tej płyty, Your Life Is A Lie. 


Oficjalna premiera trzeciego albumu MGMT (MGMT) odbędzie się 17 września, a więc jutro. Miałam okazję zapoznać się z nim już dzisiaj i po kilkakrotnym przesłuchaniu nie doszukałam się w tym perfekcyjnym wydawnictwie żadnego słabszego momentu. Wysublimowana twórczość chłopaków ponownie mnie zachwyciła i upewniła w przekonaniu, że MGMT są mistrzami, zarówno pod względem warstwy tekstowej i dźwiękowej, jak i w budowaniu niesamowitego nastroju. 
Najlepsze kawałki z tego krążka to przywołujący na myśl największe hity zespołu Plenty of Girls in the Sea i oderwany od rzeczywistości, transowy Cool Song No. 2. Brzmieniowo sporym zaskoczeniem okazał się dla mnie utwór pt. Introspection, swobodnie nawiązujący do beatlemanii. Na uwagę zasługuje także osaczający słuchacza chaos, uzyskany dzięki swoistemu nagromadzeniu przeszkadzajek, m.in. w A Good Sadness oraz I Love You Too, Death. Ów album to przede wszystkim kondensacja leniwych dźwięków, wśród których słowa płyną jakby mimochodem (Astro-Mancy, finałowy An Orphan Of Fortune).
Nowojorczycy już po raz trzeci dają się poznać jako niezwykle specyficzni, dziwni, niewpasowujący się w system jakichkolwiek kategorii Artyści. Każdy znajdzie coś dla siebie w ujmującym połączeniu psychodelicznej elektroniki ze słowami obezwładniająco wwiercającymi się w mózg. Gorąco polecam. Do wnikliwej kontemplacji, nie do krótkowzrocznego tańca.


we all are dwarfs - part three


cd.



KRASNALOVA HISTORIA

Kilka sekund po tym, jak nietypowy prezent dotknął żyznej ziemi, wyrosły natychmiastowo zapierające dech w piersiach kwiaty, bladoróżowe krzewy ozdobne oraz inne niespotykane w skrzaciej osadzie rośliny. Ich wyjątkowość cieszy do dziś oczy turystów tak samo bardzo, jak zaskoczyła ona troje maleńkich istotek. 

            Przyjemne milczenie przerwały narzekania Chrapka, który miał już dosyć wrażeń jak na jedną noc. Truchcia skorzystała z niepowtarzalnej okazji i gdy nikt nie patrzył, wskoczyła do stawu. Chciała pochwalić się tym, że potrafi doskonale pływać. Pozostali krasnale nie podzielili jednak jej euforii. Z przerażeniem spojrzeli na rozplecione warkocze, które falowały pod chłodną wodą. Wystraszyli się, że zrobi sobie krzywdę, nie zawahali się więc wskoczyć za Truchcią w atramentową toń.
Okazało się jednak, że to oni, a nie wysportowana dziewczyna, potrzebować będą pomocy. Kiedy Truchcia wypłynęła ze śmiechem na powierzchnię, dostrzec mogła jedynie spiczaste czubki czerwonych czapeczek. Świetlik i Chrapek machali bezradnie rączkami i stópkami, bezskutecznie próbując dostać się jak najbliżej brzegu.

- Cha, cha, cha! Szkoda, że nie widzicie swoich min – zażartowała znakomita pływaczka.
Natychmiast pomogła przyjaciołom wydostać się na suchy ląd. Chrapek zauważył, jak uroczo układają się pukle włosów subtelnie opadających na ramiona Truchci, lecz na samą myśl o tym, że mógłby jej o tym powiedzieć, czerwieniały mu uszy i czubek nosa. 

            Tamta noc okazała się przełomowa dla społeczności wrocławskich krasnali. Chrapek przeszedł ogromną zmianę. Stopniowo poznawał coraz bardziej oddalone od swej ustronnej ławeczki rejony miasta. Pewnego dnia odważył się nawet zaproponować Truchci, żeby czasem spędzali też czas tylko we dwoje. Wszystkim mieszkańcom nadal wydaje się, że Chrapek ciągle śpi. Może to i dobrze, iż niewielu zna prawdę? Nieliczni wiedzą o tym, że każdej nocy po mieście przechadzają się żądni przygód krasnale, którzy pragną nieść bezinteresowną pomoc potrzebującym stworzeniom, takim jak ranny ptaszek. Dzięki wesołej zabawie upewniają się, że los postawił ich we właściwym miejscu. Najwspanialszym, w jakim mogliby kiedykolwiek zamieszkać. 

            Opiekunek bez pośpiechu dokończył bajkę, mimo iż Krasnomaleństwo już dawno zasnęło. Oddychało spokojnie i równomiernie. Czuło się bezpiecznie, ponieważ pewien troskliwy krasnal nie opuszczał go ani na krok. Spojrzał on w dal z tęsknym uśmiechem, po czym szepnął do uszka malucha: „obiecuję, że gdy dorośniesz, zobaczysz te wszystkie zachwycające miejsca na własne oczy”. W tym samym czasie pluszowe misie w dziecięcych pokoikach mocno przytulały swoich właścicieli.


2013/09/12

we all are dwarfs - part two


cd.


KRASNALOVA HISTORIA

Cała trójka nie mogła oderwać oczu od widoku ogromnej wiszącej konstrukcji, która rzucała nadzwyczajne światło na otoczenie, obejmując je cudowną poświatą. Odczuwali potęgę tej przedziwnej kładki, mającej niewiele wspólnego z opowiadaniami skrzacich mędrców. Zdawało im się, że są tysiące razy mniejsi od tego monumentalnego zabytku. Chrapek po raz pierwszy świadomie wziął udział w przyjaznej dyskusji.
- Dlaczego mosty nie umieją mówić? To takie smutne... Kryją one w sobie tak wiele tajemnic, są świadkiem wielu wzruszających momentów, jednakże nie mogą podzielić się nimi ze swoimi wrażliwymi opiekunami – odezwał się. Zadał pytanie, na które nikt nie był w stanie znaleźć właściwej odpowiedzi. Był pewien, że życiowa wiedza wchłonięta przez budowlę przyczyniłaby się do wzrostu liczby rozmarzonych uśmiechów mieszkańców miasta.
 
            Dalsza część pouczającej podróży upłynęła pod znakiem wielu wnikliwych przemyśleń Truchci oraz Chrapka, które Świetlik starał się odpowiednio skomentować. Mnogość lat spędzonych na dachu pojazdu pełnego ciekawych ludzi nauczyła go cierpliwości w zdobywaniu wiedzy na temat świata. Podczas codziennej pracy usłyszał niemało historii, często pełnych niejasności i niedomówień.
Krasnale zastanawiały się, dlaczego nocą we Wrocławiu jest tak cicho i spokojnie. Przytulna atmosfera sprzyja przecież długim spacerom, a mimo to mieszkańcy miasta wybierają ciasne pokoiki pokryte kurzem niespełnionych marzeń. Od ludzi roi się natomiast w głośny, hałaśliwy dzień, kiedy szary tłum płaszczy i parasoli mimowolnie zapomina o wspaniałości trwających chwil.
 
            Przejażdżka zakończyła się tak szybko, jak szybko się zaczęła. Chrapek nieustannie powtarzał, że jest bardzo zmęczony, ponieważ pierwszy raz, odkąd sięga pamięcią, przez godzinę lub dwie nie zmrużył oka. Uradowana towarzystwem leniwego przyjaciela Truchcia zaproponowała więc naprędce obojgu kompanom wolną przechadzkę po Parku Szczytnickim. Zna go ona całkiem dobrze, gdyż  właśnie przez niego przebiega jej codzienna trasa biegowa.
- Nic się nie stanie, jeśli na chwilę opuszczę swoje stanowisko. Ludzie potrafią sami o siebie zadbać, choć często się do tego nie przyznają – odparł Świetlik, popierając pomysł koleżanki.
 
Chrapek nie miał wyjścia - chcąc nie chcąc, musiał wziąć udział w następnej przygodzie. Już kilka minut później trójka krasnali spacerowała wśród wiekowych drzew, pokrytych soczyście zielonymi liśćmi. Kamraci trzymali się za ręce tak, że ich czerwone czapeczki niemalże się stykały. Na pierwszy rzut oka widać było, że każda kolejna wspólnie spędzona minuta zbliża ich do siebie. 
            Wtem uwagę skrzatów zwrócił ledwo słyszalnie popiskujący ranny ptaszek. Jedno z jego brązowoczarnych skrzydełek przygniótł kamień, którego metaliczna powierzchnia odbijała księżycowe promienie. Krasnoludki wspólnymi siłami uniosły skałę, ratując życie jerzyka. Ptak serdecznie podziękował im za ratunek. Pragnął odwdzięczyć się podarunkiem, który przenosił na swoich skrzydłach niczym najdroższy skarb.
- Udajcie się do Ogrodu Japońskiego, gdzie zasadzicie to z pozoru zwyczajne nasionko – poradził jerzyk, po czym pożegnał się i odleciał w stronę gwiazd jasno połyskujących na tle granatowego nieba.
 
            Przyjaciele postąpili zgodnie z radą ptaszka. Idąc szeroką aleją rozglądali się wokoło. Szukali odpowiedniego miejsca, by posadzić niezwykłą roślinę. Zauważyli piękny staw, którego rozległe brzegi połączone były urokliwym, zadaszonym mostem.
- Proponuję zakopać nasiono obok krętych ścieżek, bezpośrednio sąsiadujących ze zbiornikiem wodnym – zasugerował mądrze Świetlik.
 cdn.

2013/09/11

we all are dwarfs - part one



Ten blog zrobił się chyba zbyt poważny. Brakuje beztroski i naiwnej, dziecięcej radości. Dlatego też w najbliższym czasie zamierzam opublikować tu... bajkę, która być może zaciekawi nie tylko moich najmłodszych czytelników. Jest to pierwszy utwór o takim charakterze, jaki udało mi się stworzyć w życiu. Było to niezwykle ciekawe i pouczające doświadczenie, bowiem nie ma bardziej wymagającej grupy odbiorców niż dzieci, do których percepcji należy odpowiednio dostosować język i styl. Ową bajkę napisałam na początku kwietnia bieżącego roku z okazji Wrocławskiego Festiwalu Krasnoludków, który odbędzie się już po raz czwarty w dniach 13-14 września, a więc w przyszły weekend.




Postanowiłam podzielić tekst na trzy części, żeby nie zniechęcić nikogo do zapoznania się z treścią bajki z powodu jej dosyć sporej długości. Dzisiaj zamieszczam pierwszy fragment. Sugeruję podejść do niego z lekkim dystansem, wszak wszyscy jesteśmy krasnalami. Co więcej, w każdym z nas drzemie dziecko, pragnące idyllicznego obcowania z esencją piękna i cudowności świata. Zaznaczam, że sytuacje opisane w utworze zdarzyły się naprawdę. Jak nietrudno się domyślić, rzecz dzieje się we Wrocławiu, który jest prawdziwym królestwem naszych skrzacich przyjaciół...




KRASNALOVA HISTORIA

            Gdy latarnie gasną z sykiem, słychać delikatny szelest tańczących na wietrze liści. Wtóruje mu pieśń kropli wody, które skapują z rynien i parapetów dziecięcych sypialni. Gwiazdy zaczynają nucić baśniową kołysankę, a powoli sunące po nocnym niebie chmury sprawiają, że cały świat zapada w sen. W tym momencie wszystkie krasnoludki na świecie zaczynają cichutko snuć swe magiczne opowieści. Najwięcej wesołych skrzatów mieszka we Wrocławiu. Po zachodzie słońca wystarczy więc otworzyć szeroko okno, zamknąć oczy i szczerze się uśmiechnąć, by usłyszeć szmery rozmów krasnali. Skarbnicą najbardziej poruszających historii jest pewien mędrzec o imieniu Opiekunek. Całymi dniami i nocami troskliwie kołysze on w swoich silnych ramionach Krasnomaleństwo, zabawiając je pouczającymi opowiastkami. Właśnie teraz zaczyna opowiadać swoją ulubioną, a brzmi ona tak… 
            Nie tak dawno temu, za siedmioma przecznicami i siedmioma przystankami, maleńka istotka pozdrowiła skinieniem spiczastej czerwonej czapeczki śliczną posiadaczkę rozwianych warkoczy. Świetlik giął się w ukłonach do samej ziemi, a dokładniej dachu tramwaju, którym podróżuje każdego dnia. Machał swojej przyjaciółce, wesołej Truchci, której ulubionym zajęciem jest bieganie po ulicach Wrocławia. Nie obchodzą jej zaloty i tęskne spojrzenia wszystkich mężczyzn w mieście, na których ogromne wrażenie robią zaróżowione od zdrowego ruchu policzki, błyszczące oczy koloru fiołków i czarujący uśmiech. Mało kto wie, że próbuje ona zwrócić na siebie uwagę śpiącego bez przerwy na ławeczce Chrapka. Wzbudzenie zainteresowania w znudzonym krasnalu stanowi dla niej niebywałe wyzwanie. 
Świetlik jest bystrym obserwatorem. Już dawno dostrzegł figlarne zerkanie Truchci w stronę największego śpiocha w historii skrzatów. Dobroduszny krasnoludek rozumie swoją przyjaciółkę bez słów. Pragnie, żeby poznała Chrapka i wniosła radość do jego monotonnego życia. Zeskoczył zatem z dachu pojazdu, ryzykując przy tym potarganie odzienia utkanego z płatków najdelikatniejszych kwiatów. Nikt do tej pory nie domyślił się, jakich argumentów użył Świetlik, żeby namówić nieuleczalnego lenia do towarzyszenia mu i Truchci w podróży luksusowymi liniami tramwajowymi po mieście oferującymi najbardziej malownicze widoki. Faktem jest, że Chrapek zgodził się na tę eskapadę pod warunkiem, że będzie mógł bezkarnie położyć się na dachu i zasnąć, jeśli nie zaciekawi go różnorodny krajobraz Wrocławia. 
            Chwilę później bardziej dociekliwi mieszkańcy mogli zauważyć trójkę maleńkich istot, przemierzających miejską komunikacją najpiękniejsze rejony swej rodzimej osady. Z zaciekawieniem wystawiali oni garbate noski w stronę zabytkowych kamieniczek, zachwyconymi spojrzeniami obrzucali gotyckie kościoły i barokowe budynki potężnego kompleksu uniwersyteckiego. Świetlik znał najlepiej historię powstawania unikatowego miasta, dlatego też jął opowiadać legendę mówiącą o Auli Leopoldina. 
            Chrapek początkowo szeroko ziewał i leniwie przeciągał się, przecierając piąstkami zaspane oczka. Widać było, że próbuje niezauważalnie dla kompanów podróży odnaleźć idealne miejsce do położenia się i odpłynięcia myślami gdzieś wysoko nad Sudety. W głowie wyobrażał sobie, że zaśnie jak suseł, a delikatne kołysanie wagonu pozwoli mu całkowicie się zrelaksować. Zdjął więc buciki, które ułożył równiutko obok przyszłego legowiska. Już prawie przykrył się cieplutką kapotką po samą czapeczkę, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Zerwał się z posłania, podskoczył w miejscu, rozdziawił ze zdziwienia różane usteczka. Lekko przestraszył Świetlika, kiedy zaczął nim potrząsać i z podziwem w oczach wskazywać na czarodziejsko oświetlony most, przez który właśnie przejeżdżali. 
- Cóż za fenomenalny obraz! – wykrzyknął.

2013/09/08

i'd like to roll in the (four-leaf) clover




i'd like to roll in the clover
with you over and over
on the white cliffs of Dover
and then i'd let you push me over

Chciałabym zamknąć oczy i obudzić się gdzieś, w miejscu, o którego istnieniu nie śmią marzyć nawet moje niespokojne sny. Zanurzyć swój smutek w koniczynie pokrytej rosą, nieskalanej ludzką obecnością gęstwinie pełnej nieśmiałych motyli. Zmyć z siebie frustrację wynikającą z uzależnienia od konkretnych jednostek. Odnaleźć lek na brak możliwości wpłynięcia na czas, przesiąknięty ostatecznością wydarzeń z przeszłości. A jeśli coś pójdzie nie tak, dać zepchnąć się z białych klifów u wybrzeży Dover i spadać w nieskończoność aż do miejsca, w którym ten świat tonie, stykając się z piękniejszym.


2013/09/04

life's soundtrack sounds better with someone


Wakacje w Rzymie, relaksacyjna kąpiel i gorąca herbata warunkuje przeżycie dzisiejszego wieczoru. Wyznaję makowiecki moizm. Jest czwarty dzień września ostatniego roku beztroski. Godzina ulega zbyt szybkim zmianom, bym mogła podać ją z niezachwianą pewnością. 
Czuję do szpiku kości nieodwracalność każdej minionej sekundy. Wokół mnie gromadzi się zbyt dużo nieszczęść i nieodżałowanych niepowodzeń, porażek przeżywanych w dołującej samotności. Niemal wszystko jest w stanie podciąć moje delikatne skrzydła, których istnienia jestem coraz mniej pewna. 
Zewsząd otaczają mnie rankingi, prognozy, statystyki. Jestem karmiona pesymistycznie wahającą się amplitudą prawdopodobieństwa przeżycia godnego życia. Podobno osiągnę spełnienie i nieprzemijające szczęście, jeśli nie będę na oślep podążać za swoimi marzeniami, których wprowadzenia w życie nikt nie oczekuje. Świat nie potrzebuje mojego nieprzymuszonego zaangażowania i szczerego uśmiechu na co dzień .
We śnie postawię na głowie rankingi, prognozy i statystyki. Będę śmiać się na widok ich bezbronnych parodii i karykatur. W krainie ułudy mam prawo odrzucić racjonalne argumenty. Choć przez moment poczuć, że ktoś we mnie wierzy.