2013/08/10

warning: you'll never play hide-and-seek again!


Najbardziej lubię filmy, których obejrzenie pozostawia ślad w mojej psychice. Produkcje o fabule tak doskonale skrojonej, że zapoznanie się z nimi promieniuje na resztę mojego życia. Często są to elementy fantastyki grozy, ale jedynie wtedy, gdy zawierają anomalie i zjawiska paranormalne. Coś, czego nie widać gołym okiem przeraża mnie najbardziej, w odróżnieniu od specyficznie poruszających się gumowych potworów, zbryzganych sztuczną krwią, płynącą spod piły wbitej w głowę dziwnie ucharakteryzowanego aktora.

Przyszedł  więc czas na obiecaną recenzję wytworu kinematografii, na który warto zwrócić uwagę. W pewną lipcową noc miałam okazję wybrać się do wrocławskiego kina na premierowy seans amerykańskiego horroru zatytułowanego Obecność (The Conjuring). Do odwiedzenia Heliosa najbardziej zachęciło mnie to, że przedstawiona opowieść oparta jest na faktach. Spodziewałam się braku przerysowania, kontaktu z czymś autentycznym i z powodu owej realności dużo bardziej niepokojącym. Czy słusznie?
Nawiedzona nieruchomość to bodaj najczęściej stosowany motyw w tego typu produkcjach. Fabuła filmu na pozór nie wnosi zatem nic odkrywczego - szczęśliwa rodzina Perronów przeprowadza się do pustego, drewnianego domu nad jeziorem, by zacząć od nowa. Poprzedni mieszkańcy tej posiadłości, mimo iż są martwi, nie zamierzają jednak umożliwić nowym lokatorom spokojnego życia. Carolyn (Lili Taylor) przybywa siniaków, jej córki (a jest ich całkiem sporo - Andrea, Nancy, Christine, Cindy i April) zaczynają się zdumiewająco zachowywać, coraz częściej coś dziwnego budzi ich ze snu. Przemieszczający się zapach zgnilizny, niezrozumiałe postępowanie psa, zatrzymujące się zegary... Gdy zaczyna przybywać oznak obecności terroryzującego demona, Perronowie proszą o pomoc słynne małżeństwo badaczy zjawisk nadprzyrodzonych.
Od momentu, kiedy Lorraine i Ed Warrenowie wkraczają do życia przerażonej rodziny, reżyser nie szczędzi nam scen grozy. Napięcie nie opada nawet na chwilę, a tajemnicza historia pokazana jest z dwóch punktów widzenia - pary badaczy oraz pragnących ochronić swe dzieci Carolyn i Rogera (Ron Livingston). Poznajemy również małą Judy Warren, która dorasta w otoczeniu świadectw demonizmu i dowodów istnienia zła, zebranych przez jej rodziców. Przez pozostałą część seansu cieszyłam się, że po obu stronach mam kogoś, kogo mogę cały czas mocno trzymać za rękę. 
Postępująca akcja zaczyna wydawać się coraz bardziej niemożliwa, nagromadzenie niesamowitych zdarzeń przejaskrawione, a oparcie na faktach odrobinę naciągane. Nie mnie jednak oceniać, które z przedstawionych elementów są barwną wizją twórców, mającą niewiele wspólnego z faktycznymi doświadczeniami państwa Warrenów, bowiem nie miałam okazji przeczytać żadnej z wielu książek ich autorstwa. Rzeczywistość jest o wiele bardziej straszna, niż można przypuszczać. Jeśli chodzi o Obecność, pewne jest zaledwie to, że mamy styczność ze starannie zrealizowaną, porządną produkcją.

  
Światowa premiera owego dzieła filmowego miała miejsce 19 lipca bieżącego roku, natomiast polska tydzień później, 26 lipca. Obecność wyreżyserował James Wan, który ma na swoim koncie kilka naprawdę dobrych horrorów - PiłęNaznaczonego oraz Dead Silence.  Za scenariusz odpowiedzialni są bracia bliźniacy z Portland, Carey i Chad Hayes. Zdjęcia zrealizowano w malowniczej Karolinie Północnej. Nie zabrakło oczywiście intrygującej ścieżki dźwiękowej i rzetelnego aktorstwa. Vera Farminga wcieliła się w rolę pogromczyni duchów, zaś jej męża zagrał Patrick Wilson. Ciekawostką może być fakt, że Cindy Perron zagrała prześliczna Mackenzie Foy, Renesmee Cullen ze słynnej sagi o wampirach. 
Jeżeli lubicie zabawę w chowanego i nie wyobrażacie sobie bez niej życia, stanowczo odradzam obejrzenie tego filmu. W pozostałych przypadkach gorąco zachęcam. Pamiętajcie jednakże, by nie podążać za dźwiękiem usłyszanego w środku nocy klaskania (szczególnie jeśli nadbiega ono z szafy). Nie należy ponadto bawić się zabawkami znalezionymi w niecodziennych okolicznościach. To, że ktoś pociągnie was za stopę, a nikogo innego nie będzie w pokoju, także nie jest normalne i powinno być dla was niemałym powodem do zmartwienia.


Edward Warren zmarł w 2006 roku. Lorraine Warren skończyła w styczniu 86 lat. Chcącym dowiedzieć się coś więcej na temat ich biografii polecam tę stronę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz