2013/08/27

so, of course, you were supposed to call me tonight


Mogłabym bardzo dużo napisać o sobie. O tym, co się u mnie dzieje, czym zajmuję się na co dzień i co czuję na myśl o zbliżającym się nieubłaganie kwitnieniu wrzosów. Jeszcze więcej mam do powiedzenia w sprawie głaskania miękkiego pyszczka maleńkiej owieczki na tatrzańskiej hali. Łez rezygnacji dzieciaków, których dzielność została wystawiona na próbę, gdyż ich małe nóżki odmówiły posłuszeństwa na zbyt wymagających szlakach. Chrupiących gofrów z bitą śmietaną i jagodami oraz karczm wypełnionych góralską muzyką. Magicznego koncertu Kari Amirian, wzbogaconego premierowymi wykonaniami pełnych pasji utworów z nadchodzącej płyty. Powitania przez tęsknie miauczącego, zielonookiego kłębka czarnego futerka.  
Chciałabym zamyślić się nad wdziękiem ciemnych witryn sklepowych na Krupówkach romantycznie zanurzonych w świetle latarni, Krupówkach nieustannie pełnych obdarzonych talentem lub kreatywnością osób. Jest młoda, długowłosa skrzypaczka, kloszard szczerze przyznający, że zbiera na jabola, artysta malujący na płótnie interesujące portrety przechodniów, kobieta wykonująca karykatury sławnych postaci, a także chłopak pochłonięty literaturą każdego dnia w tym samym miejscu. Nie brakuje mężczyzny grającego na akordeonie, wzbudzających sympatię mimów, ludzi przebranych za misie Harribo, Hello Kitty czy króla Juliana z popularnej animacji.
Z pewnością wspomniałabym o powolnym konaniu jednych z najbardziej majestatycznych, pięknych i wolnych zwierząt, którym codzienności dalece od radosnego galopu. Nie pozwala mi spokojnie zasnąć skrajny egoizm osób zdobywających szczyty w nowobogackim stylu, zapominających o tym, że konie nie mają wakacji ani urlopów. Patrzą obojętnie na smutek kryjący się w zaczerwienionych, wyłupiastych oczach oraz białą pianę toczącą się z żuchwy. Na żywe organizmy nienaturalnie wygięte do przodu, pokryte warstwą potu i siecią widocznych, boleśnie naprężonych żył. Na niezwykle ludzkie próby złapania głębszego oddechu przez rozdziawione nozdrza. 
Dlaczego ludzie są tak okrutni i bezmyślni? Gdzie podział się zapisany w człowieczych genach szacunek do wszystkich istnień? Czy niezwykły cud, jakim jest życie, naprawdę można przeliczać na pieniądze? I czy współcześni turyści zapomnieli o przyjemności pieszych wędrówek, przyjeżdżając w góry jedynie po to, by stać w kolejce do wyciągów lub oczekiwać na wóz, który kosztem zdrowia i w konsekwencji życia innego stworzenia zawiezie ich w upragnione, trudno dostępne miejsce? 

Mimo tych wszystkich mniej lub bardziej idyllicznych myśli siedzących w mej głowie dzisiejszy wieczór zamierzam poświęcić trzem wyjątkowym wokalistkom, których twórczość w ostatnich dniach wiernie mi towarzyszy. Nie potrafię racjonalnie tego wyjaśnić, bo choć nie przepadam za brzmieniem języka francuskiego, uwielbiam francuski akcent w języku angielskim. Kilka lat temu zafascynowała mnie nim Olivia Bouyssou Merilahti i tak pozostało do dziś.
Z jakiegoś powodu niesamowite wokale tych pięknych kobiet układają mi się w jedną, spójną całość. Zacznę od Yael Naim, która jest pół Izraelką, pół Francuzką. Jej piosenki pokazują, jak wiele w odbiorze tekstu zmienia sposób jego przekazywania.



Stephanie Sokolinski poznałam całkiem niedawno. Jej rodzice są polskimi Żydami, niemniej jednak urodziła się we Francji. Dorobek SoKo jest stosunkowo niewielki, lecz jest w stanie zauroczyć każdego już od pierwszego dźwięku.



Na koniec Sóley, która jako jedyna z tego urzekającego trio nie ma nic wspólnego z Francją. Pochodząca z Islandii artystka jest członkinią sekstetu wokalno-istrumentalnego Seabear, którego działalność nie wykracza poza ciepły indie-folk.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz