2013/07/20

in the middle of nowhere


Niekiedy patetyczna modlitwa o duchowe wzloty i upadki przestaje absorbować. Zaczyna się doceniać urok przyziemności, wyjątkowość każdego dnia życia zwykłym życiem. Najbardziej intensywnie nastraja codzienność, odbierając wiarę w potęgę natchnienia.
Podczas wieczornego spaceru po lesie stosuje się kompilacje wyrażeń oksymoronicznych, by najlepiej określić paradoksalność komizmu sytuacyjnego. Dzieje się tak, gdy z przyjemnego, wynikającego z obcowania z naturą letargu budzi cię trzask opuszczanego przez długowłosą nimfę drzewa, które zaprzedało swą duszę kornikom i łamiąc się, boleśnie zdarło naskórek z pechowo postawionej nogi. 
Nie wspominając o tym, że kiedy wraca się do domu i kładzie na łóżku z filiżanką białej herbaty, samozwańczego eliksiru młodości, nawet wtedy ma się szansę na przeżycie czegoś niezapomnianego. Pod warunkiem, że jest w stanie zadziwić cię miauczenie stworzenia o zachwycająco zielonych oczach i aksamitnym, smoliście czarnym futerku w progu twojego królestwa, którego pojawienie się więcej ma z cudu niż niejedna pustynna fatamorgana. Szczególnie jeśli w okolicy nie mieszka żaden dachowiec.


Hope is back


2 komentarze:

  1. Anonimowy20/7/13 20:13

    Pozostaje pytanie... skąd wziął się tam ten kot? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm... wiem, jakim cudem znalazł się w moim pokoju. Drzwi wejściowe były otwarte, nikogo nie było przed domem ani na parterze, więc wdrapał się po schodach. Nie mam natomiast pojęcia skąd przybył :)

      Usuń