2013/07/13

damn heart, you've done it again


prologos

We wszechświecie panuje błędne przekonanie, mówiące, że najbardziej zbliża ilość wypitego wspólnie trunku. Współczesnym symbolem romantyzmu stała się wykwintna kolacja, kompozycja afrodyzjaków spożywana wśród olejków eterycznych i płomieni świec, których zapachom towarzyszy idealnie dobrane, wysokogatunkowe wino. Białe do łososia z suszonymi pomidorami i mozzarellą, różowe do sufletu czekoladowo-pomarańczowego, a gdy spotkanie przeniesie się do sypialni, serwuje się świeże truskawki ze słodkim winem musującym. Koniecznie uprzednio schłodzonym, jak gdyby posiadało się umiejętność panowania nad niesfornością serca, potęgującą nieoczywistość uczuć.  
Czasem następuje zawiedzenie. Ktoś okazuje się mniej jakiś niż w wyobrażeniach snutych poprzedniego wieczoru, który poprzedzała wizyta u kosmetyczki oraz zakupy będące początkiem przedwczesnego gromadzenia ślubnego posagu.  
Co zatem tak naprawdę tworzy głęboką więź pomiędzy dwojgiem istot? Bliskość dusz najlepiej odzwierciedla coś, co nagminnie bagatelizujemy, nie myśląc o tym poważnie.  Nagle dziwimy się, że nie możemy zasnąć, że oczy zachodzą łzawą mgłą, że trudniej nam się oddycha, brakuje powietrza, a wraz z nim kogoś wyjątkowego.  Powoli uświadamiamy sobie, czyjej codzienności i ciepłego oddechu potrzebujemy. 
Lekkomyślnie ignorujemy moc wspólnego przyrządzania gorącego kakao, wywaru z mającego wkrótce rozkwitnąć romansu, w którego oparach kryje się niedostrzegalna zmysłowość. Długie, leniwe rozmowy zapadają w otwarte serca, między którymi nawiązuje się intymna, nierozerwalna nić porozumienia. Życie uczy, że szczerość przyjaźni jest jedynym dobrze wróżącym symptomem miłości, którą można określić wieczną i prawdziwą. 
Nie trzeba zjeść razem beczki soli czy pomóc komuś wypić kufel nawarzonego piwa. Wystarczy kilka kubków czekoladowego naparu, by zwariować na czyimś punkcie. Wełniane, jaskrawo kolorowe skarpety nie do pary, ogrzewające marznące nawet w lecie stopy. Amarantowe dresy, najbardziej infantylny element garderoby, z którym tak trudno było mi się rozstać. O kilka rozmiarów za duży T-shirt z wytartym logo Backstreet Boys, ukochanego boysbandu z lat dzieciństwa. Mój wygląd tamtego wieczoru do tej pory jest dla mnie wstydliwym tematem.  Ale skąd miałam wiedzieć, że zbierane skrupulatnie korkowe dowody upojnych nocy, pozornie zapowiadających ekstatyczne uniesienia w szczęśliwym, stałym związku, że to wszystko nic nie znaczyło? Przyszło mi się o tym przekonać o wiele, wiele później...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz