2013/06/19

life can always start up anew



but there is really nothing, nothing we can do
love must be forgotten, life can always start up anew 
we'll choke on our vomit and that will be the end
we were fated to pretend


Najpierw znajdujesz kogoś. Obojętnie gdzie i nieważne kiedy. Naturalnie, im mniej odpowiednią osobę, tym lepiej. Następnie idealizujesz wszystko, co z nią związane. Ubóstwiasz każdy jej gest, czcisz wypowiadane słowa. Również przemyślenia cynicznie burzące wypracowywany przez lata wewnętrzny ład. Krytykę skierowujesz na siebie, obwiniając się o podejrzliwość, egocentryzm, niewdzięczność. Usilnie bagatelizujesz drobne wady, nie dostrzegasz cieni kryjących się za blaskami nieprzeciętnego charakteru. 
Z każdym dniem coraz bardziej nie zasługujesz na przyjaźń osoby, która daje tak wiele od siebie, wymagając niewiele w zamian. Pogrążasz się w samoniezadowoleniu, żałosnej poniżejprzeciętności. Powtarzasz jak mantrę, że ten ktoś jest inny. Poświęca twoim wariactwom cały swój wolny czas, wspiera w wyprawach dookoła lasu, rozumie doskonale urok spędzania letnich nocy na pogrążonym w deszczu tarasie. Nie wspominając o tym, że podziela twą miłość do kołyszących się na hamaku resztek popołudniowego słońca. 
Gdy przyjdzie krytyczny moment, jedno niemądre zdarzenie czy nierozważna decyzja, przyłapujesz się na oskarżaniu go o całe zło wszechświata. Wypominasz szereg potknięć, żałujesz chwil wspólnie spędzonych na przywoływaniu cytatów z ulubionych powieści, nieprzespanych nocy, które jeszcze niedawno stanowiły o twoim ja. Pozorujesz pragnienie dialogu, wyciągając na wierzch wszelkie brudy. Nareszcie przejrzałeś na oczy. 
Przekrzykujesz ciche głosy wyrzutów sumienia, wpadając w samouwielbienie. Zaczynasz doceniać to, kim jesteś bez tej osoby. Wpadasz w sidła zastawione przez samego siebie, pułapkę dla nietrzeźwo spoglądających na świat. Należy szczerze współczuć niewinnemu człowiekowi, który mimowolnie padł ofiarą maniakalnej gloryfikacji. Podnosząc do rangi sacrum podmiot swych uczuć, z natury nieuleczalnie nieidealny, świadomie ranisz siebie. Wmawiasz sobie, że kiedyś byłeś szczęśliwy, że pewnego dnia coś się zmieniło, nie wiesz kiedy, ale odeszło bezpowrotnie. To nie jest niczyja wina, po prostu tak musi być. 
Nie nazywasz tego rozstaniem, lecz rozejściem się dwóch ścieżek biegnących w przeciwnych kierunkach, bo przecież nigdy nie byliście razem. Z definicji związek doskonały wymaga bowiem czegoś więcej.
Zawodzi wyrocznia delficka, twoja alfa i omega, yin i yang. Zawiniłeś beztroskim uprawianiem ukrytego ekshibicjonizmu. Zapomniałeś, że świat przypomina bukiet sztucznych kwiatów - nie pachnie, jest zawsze taki sam, nawet wtedy, gdy drobinki kurzu przysłonią jego kolory. Odrzuciłeś świadomość tego, że wszyscy są tutaj od czegoś uzależnieni, otaczają cię sami onieśmieleni holicy i fobicy z różnymi przedrostkami. Wmówiłeś sobie, że da się osiągnąć szczęście jedynie wtedy, gdy w głowie wytworzy się kłamliwe, pozornie nieskazitelne obrazy, do których nie pasuje żaden śmiertelnik. Nie próbowałeś ich urzeczywistnić. Łatwiej karmić się obłudą, rozczarowaniem home-made.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz