2013/03/01

sometimes escape is the best idea


Postępująca, chorobliwa meteopatia dyktuje mi tryb życia. Ma moją codzienność za niczym nieograniczony warsztat, stworzony do realizacji bzdurnych i tragicznych w skutkach zamierzeń.
Z góry skazana na porażkę, podejmuję próby zatrzymania nieautentycznie szybko upływającego czasu. Zastanawiam się, jak wiele jeszcze mogę się o sobie dowiedzieć i nauczyć dzięki popełnianym błędom. Jest mi zarazem dziwnie lekko i ciężko w środku. Chciałabym być nigdzie i wszędzie, wcale i zawsze, nierealnie i przyziemnie. Jest za wcześnie i za szybko na nic i cokolwiek.

Pragnę widzieć w tarczy słońca, która z trudnością przedziera się przez raniące do krwi me dłonie
kraty, skupisko połyskujących najszczerszym złotem pręcików kwiatów, pachnących tylko dla mnie.
Dostrzegać w blasze dachów przemysłowych maleńkie zielenie skrzydełek Motyli Królowej Aleksandry. Odczuwać w obecności betonowych sufitów i ścian, które niebezpiecznie się kurcząc, pozostawiają mi coraz mniej tlenu, ekstazę zmysłów wywołaną zapachem chłodnego deszczu. Jego iryzujące krople spływają po wadliwych nadgarstkach, skrępowanych sznurem coludziepowiedzości.
 
Kuriozalnym wspomnieniom akompaniuje nocna cisza. Zaufałam jej łagodnym ramionom,
które kołysząc moją bezbronną, cielesną powłokę, napełniają umysł tuzinem urojonych celów.
Nie opieram się otwarciu na świat siedliska nielogicznych uczuć i niezrozumiałych pragnień,
nie bronię przed poddaniem księżycowemu blasku pospolitej brzydoty wnętrzności mej psyche.

Skrajnie wyczerpana psychiczno-fizycznie za najodpowiedniejszą rozrywkę uznaję rzucanie
nieodgadnionego spojrzenia w pustą przestrzeń i współistnienie z relaksującymi dźwiękami.
Dostępuję łaski niespokojnych rozmyślań, tworzenia wywołujących dreszcz podniecenia
scenariuszy, niekompletnych i nieidealnych historii z bad endem.

Tym razem podzielę się z Wami jednym z najpiękniejszych klipów, jakie miałam okazję obejrzeć
podczas trwania mej zmuszonej do bierności egzystencji. Wsłuchana w doskonałe słowa płynące
z ust artysty, odrętwiała, odrealniona, oderwana od otoczenia, jednocześnie podróżuję tramwajem
z Tomkiem, pociągiem z Przemkiem, siedzę także w milczącym, bezpiecznym fotelu samochodu Wojtka. Na cztery minuty i dziewiętnaście sekund ustępuje czarno-biały zamęt w pełnej dziwnych
myśli głowie. Jest HD, jest pięknie. Przyjaźń z szarym trójkątem kwitnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz