2013/01/31

trzy sny o tym samym


Nastrojowość trwającej obecnie pory roku, która, miejmy nadzieję, niedługo ustąpi zaszczytne miejsce kwiecistej wiośnie, oraz krople deszczu uderzające miarowo o szyby okien, skłaniają mnie do podjęcia prawdopodobnie mało odkrywczych, niemniej jednak w pewnym stopniu ważnych dla mnie przemyśleń.

Nie uważasz, że to trochę dziwne? To, iż całe swe życie podporządkowujemy poszukiwaniu bratniej duszy? Mając stopy zanurzone są w trawie pokrytej łzami rosy przeszukujemy mgłę, nie mając pojęcia, czego nam trzeba.

Użyłam banalnych, nic nie znaczących słów, szumnego, jakże wyświechtanego frazesu, dotyczącego pokrewieństwa wnętrz dwojga istot. Jednakże czymże jest ten ktoś, kogo misją jest wprowadzenie odrobiny światła do naszej rzeczywistości? Czy musi być to osoba interesująca nas pod względem fizycznym, posiadająca wyjątkową z naszego punktu widzenia cielesną powłokę?

Nie sądzę. Otóż ludzkie osobowości zostały przed laty rozsypane na oślep, rozrzucone na chybił trafił wraz z całą materią. Nie mam pojęcia, kto to uczynił, jaka siła jest sprawcą owego niefortunnego rozmieszczenia na świecie, powodującego gorączki, cierpienia i samobójstwa. Wiem natomiast, iż nastąpiło rozszczepienie tego, nad czym głowią się przez wieki wybitni filozofowie i genialni myśliciele.

Każdy jest zaledwie połową, niepełnowartościową częścią, której do owocnej egzystencji konieczne jest dopełnienie. Nie chodzi o miłość, uczucie opiewane w romantycznych sonetach, amatorskich poematach i innych odzwierciedleniach wyobraźni wrażliwców. Wbrew powszechnej opinii to nie musi być także przyjaźń czy jakakolwiek inna bliska relacja. Możesz spotkać tę osobę na ulicy, gdy los całkiem przypadkowo postawi ją na twej drodze. Być może potkniesz się przechodząc nieopodal, jedynie kątem oka zauważysz jakąś postać, wokół której wytworzyła się kuriozalna, dostrzegalna wyłącznie przez ciebie aura. Prawdopodobnie twój mózg nawet nie zarejestruje tak niewiele znaczącego obrazu.

Najgorsze jest to, że choć spotkanie z tym kimś na zawsze odmieni twoje życie, możesz nie dostrzec tego w porę. Miej więc nadzieję, módl się, by elektryzujący dreszcz, owa boska iskra przebiegła przez twoje członki świadomie. Niestety, często rozumiemy zbyt późno, bezpowrotnie tracąc swą szansę na uszlachetnienie codzienności. Nie mogąc nagle ubrać niczego w słowa, przeczuwamy, że niegdyś wydarzyło się coś doniosłego. Wierzę jednak, iż dla każdego przyjdzie czas. W odpowiedniej chwili zdobędziemy pewność, że właśnie nastąpił ów przełomowy, najważniejszy moment egzystencji.

Dusze nie powstają pojedynczo, nie rekrutują się z egoizmu, nie wynurzają z bezładnej samotności. Na Ziemi skazane byłyby wówczas na unicestwienie. Myślę, że powstają dzięki połączeniu dwóch zgodnych pierwiastków, przystających promyków, spójnych elementów. Pokrewne istoty nie muszą mieć tego samego koloru skóry i przekonań. Nie zawsze wierzą w to samo, nieraz nie zamieszkują nawet tej samej półkuli.

Naiwnością jest zatem twierdzenie, że jest się samemu na świecie. Kłamstwem uważanie, iż nikt nie jest w stanie pojąć skomplikowanych czynników sterujących naszym jestestwem. Głupotą usilne poszukiwanie najwznioślejszego spoidła wśród mało wartościowych mieszkańców pobliskich ulic.
Człowiek jest stworzeniem, które do zaczerpnięcia głębokiego oddechu potrzebuje wyłaniających się z nową mocą, spowitych intymną poświatą płomienia świecy, otaczanych czcią kształtów i wartości. Całym sobą stanowi konieczność spoglądania na świat przysłonięty mrokiem i tajemnicą, pochłaniający niewiadomą wszystko, co spotka na drodze. Pragniemy wciąż na nowo odkrywać niezbadane świętości. Nie należy więc ulegać wpływom osaczającym zewsząd naszą unikatowość. Trzeba zajrzeć w głąb siebie, by dostrzec enigmatyczność rzeczywistości.



Dwie i pół godziny temu miała miejsce premiera tego właśnie klipu. Jaki jest? Niebanalny jak wszystko od Chłopaków z Mysłowic i Poznania. Ukazuje zimę w tak wyjątkowo piękny sposób, że nawet ja byłabym w stanie zakochać się w tej mroźnej porze roku (oczywiście, jedynie platonicznie).

2013/01/26

extremely important history of Seattle Sound - part one



Dzisiejszy post oraz kilka następnych zamierzam poświęcić swojej wielkiej miłości do grunge’u,
mocnego brzemienia prosto z Seattle, będącego kolebką muzyki alternatywnej przełomu lat 80. i 90.
XX wieku. Tam zawiązały się takie zespoły jak Soundgarden, Alice in Chains, Nirvana, Mudhoney
oraz najbliższy mojemu sercu, powstały po rozpadzie Mother Love Bone - Pearl Jam.

Andrew Wood, Kurt Cobain, Layne Staley, Eddie Vedder, Chris Cornell

Od zawsze miałam pewien problem ze stwierdzeniem, kto jest moim ulubionym artystą, muzykiem,
instrumentalistą czy wokalistą. Nie mogę jednak nie napisać, że Eddie Vedder, zarówno jako młody
buntownik z Evanston, jak i dojrzały mężczyzna, tworzący muzykę do filmu „Into the Wild”, jest pod
wieloma względami moim ideałem. Dlatego też jego postać będzie zawsze obecna w moim życiu,
koncertowych marzeniach, blogowych postach.

Nie zwracając najmniejszej uwagi na listę najlepszych wokalistów według magazynu Hit Parader,
powracam do korzeni tzw. „Wielkiej Czwórki z Seattle”. Czwórki, pomimo tego, że grunge’owa scena
owego miasta posiada co najmniej pięciu charyzmatycznych, wyjątkowych muzyków, po których trójkę
śmierć przyszła zbyt wcześnie. Z powodu przedawkowania narkotyków odszedł najpierw Andrew,
później Kurt i Layne. Na szczęście, Chrisowi i Eddiemu udało się przetrwać pomimo zgnilizny
komercjalizacji obejmującej coraz więcej jednostek.


„muzyka dzieci z rozbitych rodzin”


Seattle lat 80. to odseparowane kulturowo i psychologicznie od reszty USA miasto dotknięte
trudnościami gospodarczymi, pozbawione firm fonograficznych, pełne natomiast amatorskich
zespołów, których pozbawiona komercji twórczość wyraźnie kontrastuje z bogactwem Kalifornii.
Grunge wyrósł z potrzeby zwrócenia uwagi na przekaz słowny oraz odrzucenia sztucznej elektroniki.
Mroczne teksty poruszają tematy autodestrukcji, depresji, samobójstw, nienawiści do samego siebie,
samotności czy uzależnienia, ostro negując rzeczywistość. Ponury nastrój zwykle połączony jest
z ostrym brzmieniem, naładowanym agresją, frustracją oraz wściekłością. Bunt i gorycz przyjmuje
czasem jednak formę powolnych, pełnych rezygnacji ballad psychodelicznych.

Green River


Działalność zespołu uważanego za prekursora gatunku trwała bardzo krótko. Muzycy wydali
wspólnie jeden album studyjny i dwie EP-ki. Band rozpadł się przede wszystkim z powodów
finansowych, dając początek grupom Mother Love Bone oraz Mudhoney. Tekst pochodzącego
z albumu Rehab Doll (1988) utworu Swallow My Pride opisuje pogardę mężczyzny dla
gorączkowego patriotyzmu amerykańskiego, jakim darzy swą ojczyznę jego ukochana.



Mudhoney


Wydali wspólnie kilkanaście płyt. W podobnym składzie istnieją na rynku muzycznym od 25 lat.
Z zespołu odszedł jedynie w 2001 r. Matt Lukin, gitarzysta basowy, którego wkrótce zastąpił Guy
Maddison. Premiera debiutanckiego, pełnego czarnego humoru i sarkazmu singla Mudhoney,
Touch Me I'm Sick, miała miejsce w 1988 roku. Utwór ten wciąż stanowi najbardziej rozpoznawalną
piosenkę zespołu. Zniekształcone, niewyraźne brzmienie gitar, growling, mocna linia basowa
i energiczne bębny sprawiły, że kompozycja ta zapisała się w historii jako jeden z nieśmiertelnych
hymnów klasycznego grunge'u.




Malfunkshun


W Niedzielę Wielkanocną 1980 roku bracia Andrew i Kevin Wood zakładają zespół, który zdobędzie
sławę dzięki dynamicznym koncertom, podczas których każdy z muzyków przedstawia swoje alter ego,
podkreślane
krzykliwymi makijażami i błyszczącymi strojami. Piosenki początkowo wydane zostały
jedynie na składance Deep Six. Działalność zespołu została zawieszona, kiedy w 1985 r. coraz bardziej
uzależniony od narkotyków Andrew udał się na terapię odwykową. Ostatecznie Malfunkshun rozpadło
się w 1988 roku, a Andy spróbował jeszcze raz z Mother Love Bone.


W 2005 roku opublikowano film dokumentalny zatytułowany Malfunkshun: The Andrew
Wood Story
, opisujący życie wokalisty i tekściarza dwóch bandów, Andrew Wooda.

 

Mother Love Bone


Zespół istniał w latach 1988-1990. Przed wydaniem pierwszej płyty (Apple) z powodu przedawkowania
heroiny zmarł niezwykły wokalista, Andrew Wood. Grupa odniosła sukces pomimo krótkiego czasu
istnienia dzięki charyzmie lidera, który nawet przed kilkunastoosobową publicznością zachowywał się
jak rasowa gwiazda rocka. Po tym, jak 24-letni Andrew zapadł w śpiączkę, z której już nigdy miał się nie
obudzić, sparaliżowaniu uległa cała scena Seattle. Po śmierci Wooda rozpadło się Mother Love Bone,
przetrwała natomiast pamięć o Andy’m. W 1990 roku Jerry Cantrell, gitarzysta Alice in Chains napisał
piosenkę Would? na cześć zmarłego artysty, który był jego bliskim przyjacielem.



Temple of the Dog


Gitarzyści Mother Love Bone, Stone Gossard i Jeff Ament utworzyli wkrótce wspólnie z Chrisem
Cornellem, współlokatorem Andy'ego, oraz Eddiem Vedderem supergrupę Temple of the Dog.
Działalność tego jednorazowego projektu muzycznego przyniosła rezultat w postaci nagrania płyty
zawierającej dziesięć piosenek, upamiętniających ich zmarłego przyjaciela. Największą popularność
osiągnął n
apisany przez Chrisa Cornella, promowany teledyskiem utwór Hunger Strike.



  TAD


Byli jednym z pierwszych bandów z Seattle, które zaistniały poza Waszyngtonem. Zespół w ciągu
dwunastu lat swojej działalności odniósł dosyć niewielki sukces, jednak ich muzyka do tej pory
doceniana jest przez fanów gatunku. W lutym 2008 r. wydany został film dokumentalny (Busted
Circuits and Ringing Ears
) upamiętniający twórczość tej grupy, na którą spory wpływ miał metal
i punk lat 70. TAD występował w 1993 roku na oficjalnej trasie koncertowej promującej album
Dirt jako support Alice in Chains.



Screaming Trees


Wystąpili razem z TAD w roli suportu przed Alice in Chains w ramach trasy zatytułowanej Down in
Your Hole Tour
. Zespół powstał w Ellensburgu i mimo przychylnych opinii krytyków muzycznych,
nigdy nie osiągnął dużej popularności. Brzmienie grupy łączyło w sobie grunge, hard rock, elementy
psychodelii lat 60. i charakterystyczny dla zachodniego wybrzeża punk rock. Screaming Trees rozpadli
się w 1996 roku z powodu komercyjnego niepowodzenia albumów, pobocznych projektów oraz karier
solowych członków grupy.



cdn.


Jak zapewne zauważyliście, jest to dosyć skondensowana historia, bowiem Waszyngton,
a w szczególności Seattle jest ojczyzną setek wartych wspomnienia formacji. Ja skupiam
się jedynie na najistotniejszych, najbliższych mojemu muzycznemu gustowi zespołach.
W
drugiej części opowiem trochę o grupach Soundgarden, Nirvana, The Melvins,
Fecal Matter, The U-Men i Skin Yard.
Ostatni i najważniejszy dla mnie post będzie w całości poświęcony Pearl Jam’owi
oraz Alice in Chains, ponieważ właśnie te dwa zespoły zajmują najwięcej miejsca
w moim sercu oraz na wszelkiego rodzaju nośnikach danych. Dowiecie się m.in. co
wspólnego z powstaniem PJ miał perkusista Red Hot Chilli Peppers, jak został przyjęty
w Seattle Ed jako muzyk z całkiem innego środowiska, jakie dramatyczne wydarzenie
nieomal spowodowało rozpad zespołu, jak zakończył się proces wytyczony przez Pearl
Jam amerykańskiemu monopoliście na rynku dystrybucji biletów, firmie Ticketmaster,
oraz co myślę o mającym premierę we wrześniu 2011 r. filmie dokumentalnym, którego
reżyserem jest Cameron Crowe.
Wspomnę również o Alice Mudgarden i Mad Season.

Ponadto zastanowię się nad faktem, dlaczego wszędzie mówi się o śmierci Cobaina,
odsuwając w zapomnienie równie genialnego, zmarłego kilka lat później Layne’a
Staley’a. .