2013/12/07

if healing's from the inside the weak becomes the strong





"KARI is an outstanding composer and performer. Surely she is destinated for international success." - Alan Raw (BBC Radio)

"KARI stabilizuje swoją sztuką moje tętno, poszerza wyobraźnię i wrażliwość."
- Katarzyna Nosowska

Powiedzieć o Kari, że jest wokalistką, to jak nie powiedzieć nic. Twórczość tej wspaniałej artystki to urzekające połączenie delikatnego głosu z przenoszącymi w inny wymiar, baśniowymi brzmieniami. Karolina Amirian, niczym majestatyczna królowa elfów, każdym swym utworem zaczarowuje otaczającą rzeczywistość. Pomaga jej w tym mąż Robert oraz wielu zdolnych multiinstrumentalistów. 
Na temat jej debiutanckiego albumu powiedziane było już bardzo dużo dobrego. Daddy Says I'm Special (2011) to genialny zwiastun nowej jakości na rodzimym rynku muzycznym, poszerzenie definicji polskiej piosenki, która, dzięki artystom takim jak Kari, zaczyna być czymś więcej niż ograniczonym przez czas antenowy utworem słowno-muzycznym. Na owym krążku znajduje się dwanaście melancholijnych kompozycji, niosących za sobą charakterystyczny chłód rodem ze Skandynawii. Pomimo optymistycznych tekstów, wydają się być wesołymi piosenkami dla smutnych ludzi. 


Po niewątpliwym sukcesie Daddy Says I’m Special przyszedł czas na nowy projekt i nową definicję siebie. To już nie Kari Amirian, lecz po prostu Kari. Utalentowana kompozytorka, wokalistka i producentka powraca z niezwykle spójnym materiałem, pełnym magii i wolności. Oryginalne eksperymenty wokalne zachwycają swym mistycyzmem oraz siłą drzemiącą w głosie Kari. Jawi się ona jako odważna wojowniczka, która żyje na bezkresnych stepach, odprawiając nocami plemienne tańce przy ogniu. 
Słuchanie Wounds And Bruises (album ukazał się 3 grudnia br.) jest nieustannym lotem ponad chmurami, pomiędzy wierzchołkami najwyższych gór. Tych dziewięć inspirujących opowieści, głęboko zakorzenionych w alternatywie, zawiera w sobie wiele przestrzeni i nierzeczywistości. Niebanalne historie są świadectwem rozbicia wewnętrznego, dokumentują rozterki i trudny czas w życiu artystki.  
Znakomite teksty motywują, przynosząc ukojenie. Pozwalają odbiorcy wziąć pełny oddech, spojrzeć na swoje życie z dystansem, z innych perspektyw. Kari tłumaczy, że tytułowe siniaki i zadrapania nie są konsekwencją porażki, lecz uszlachetniają nas i kształtują, czyniąc silniejszymi wewnętrznie. Blizny są symbolem wzmacniającej walki z rzeczywistością.


W nieprzypadkowych aranżacjach odnajdziemy sublimację najpiękniejszych dźwięków - subtelną klasykę, a także wprowadzające transowy nastrój bębny, niekiedy połączone z elektroniką. Za muzykę odpowiada Karolina, natomiast za jej brzmienie Robert Amirian, znakomity, wszechstronnie uzdolniony kompozytor i producent. Artystka, identycznie jak w przypadku debiutu, pozostawiła mu również warstwę tekstową piosenek. Jej mąż jest autorem przyciągających uwagę, mądrych wersów, do których pisania inspiruje go Kari. 
Na albumie znajdziemy między innymi cover utworu poznańskiego indie-folkowego duetu Twilite (Too Late). Warto wspomnieć także o finalnym Eliah, który każdorazowo sprawia, że mam ciarki na całym ciele. Powoduje, że chcę więcej i więcej. Uderza jednocześnie mocą i lekkością, wciągając w kosmiczną baśń snutą przez Kari oraz muzyków, których zaprosiła do kreatywnej współpracy. 
Wounds And Bruises to świetnie wydany krążek, opatrzony rewelacyjnymi artworkami autorstwa Zuzy Krajewskiej i Bartka Wieczorka. Biel, czerń i szarość idealnie oddaje klimat wydawnictwa, które promuje singiel Hurry Up z pięknym klipem w reżyserii Zuzy.



Nie przyłączam się do szufladkowania takich zjawisk. Chociaż twórczość Kari przywodzi mi na myśl dorobek artystyczny islandzkiej wokalistki Sóley, a krytykom muzycznym kojarzy się z Björk, Florence Welch czy Feist, nie widzę sensu w porównywaniu jej do kogokolwiek. Jestem dumna z tego, że mamy swoją własną, polską Kari, która wraz z mężem, założycielem NEXTPOP Songwriters' Label, zajmuje się wspieraniem i promowaniem zdolnych, młodych rodaków.
Kari jest delikatna, skromna i jeszcze piękniejsza na żywo. Na jednym z koncertów promujących jej pierwszy album miałam przyjemność usłyszeć dwa kawałki pochodzące z Wounds And Bruises, The One oraz Too Late. Trzeba przyznać, że znakomicie komponują się z debiutanckim materiałem. Wydawało się, że niełatwo będzie go przebić. Udało się.

2013/11/24

yeah, it feels like someone's missing





Suszone jagody smętnie wirują wśród płatków kwiatów w owocowym naparze. Miękną wraz z ubiegłonocnymi postanowieniami, powziętymi ostatecznie, tym razem na pewno. 
Przeznaczenie gra białego walca. Platoniczne sny poczęte na łonie jawy proszą do tańca nieprzezwyciężone ułomności. Niezaspokojenie podpiera ściany. Wychodzi najwcześniej, niemal niezauważenie. Zniknięcie niedosytu dostrzegają jedynie puste oczy świadomie niedotrzymanych obietnic. Skorumpowany zegar nie zamierza wybić północy. 
Krople deszczu coraz bardziej agresywnie bębnią w dachówki. Pragnę przypadkiem stłuc kruchą, pastelową filiżankę, stanowiącą salę balową niespełnionych nadziei.


2013/11/15

join me, we will take a big step backwards



nie było sygnału, że można otworzyć oczy
dostaliśmy śnieżką boleśnie po twarzy
nasz los się waży
(...)
spacery po parku są dziś niemożliwe
to obrzydliwe
to przeraźliwe





My się nie poddajemy. My przeczekujemy.
Zamykamy się w izolatce. Zamykamy serca i powieki.
Nasza egzystencja jest ciągłym transportem myśli pomiędzy rzeźnią a psychiatrykiem.
Istniejemy tylko pomiędzy. Nie ma wszechświatków ni przestrzeni.
Jest absurd i wieczny bezdech, antybiotyki i narkotyki.

Hello, we do not need no prescriptions.


2013/11/03

falling leaves cemetery



Nie zgnijemy w dole, przysypane piachem.
Wierzymy w potęgę powtarzalności natury.
Nie buntujemy się przeciw nieuchronności.
Niechaj nam będzie wieczny odpoczynek pod śniegiem. 
Wybrzmi uroczysta elegia na cześć doczesności.
Nim strawi nas ogień, nasze ciała zostaną namaszczone rosą, pokryte mgłą niczym całunem.
Gdy wróble i sikorki zanucą żałobną pieśń, staniemy się ofiarą całopalną.
Nasze prochy utworzą stos, lecz zbyt dużo nas, by wystarczyło oboli dla Charona.
Nie ma kto położyć tylu styksowych monet. 
Taki to holokaust bez cienia nadziei.

2013/10/18

jam twoich oczu niewarta, oj tak!




"Uwielbiam to, że muzyka tradycyjna wynika z potrzeby duszy, z czystych emocji,
że nie ma w niej wyrachowania współczesnego muzyka czy kompozytora. Przez tę swoją
prawdziwość ma ona w sobie coś tak wciągającego, że nie sposób jej się oprzeć."

Basia Derlak

Dziś nareszcie odbyła się długo oczekiwana przeze mnie premiera debiutanckiego albumu magicznego trio. Basia Derlak to prześliczna wokalistka i klarnecistka pochodząca z Chełma, w której rodzice zaszczepili miłość do bluesa, jazzu i rocka. Następnie w jej życiu przyszedł czas na fascynację tradycyjną polską kulturą i to właśnie dzięki temu upodobaniu powstał projekt Chłopcy kontra Basia. 
W listopadzie 2009 roku Basia poznała Marcina Nenko, obecnego kontrabasistę zespołu. Dwa miesiące później do składu dołączył Tomasz Waldowski, wydobywający przepiękne dźwięki z perkusji, futujary i fujary pasterskiej.


Już dziś krążek "Oj Tak!" udostępniony jest do odsłuchu w serwisie muzycznym Deezer. W fizycznej wersji natomiast będzie można go dostać za tydzień. Finaliści polsatowskiego talent show "Must Be the Music" prezentują fanom dwanaście niepokojących, narracyjnych ballad, za pomocą których w poetycki sposób ukazują niezwykle cienką granicę pomiędzy miłością a śmiercią. 
I tak oto intryguje mroczna historia kobiety przygotowującej posiłek niewiernemu mężowi (Wieczerza) oraz liryczna, wiejska opowieść o siostrze-topielicy (Sukienka). Zastanawia metaforyczna baśń o destrukcyjnym uczuciu, którym niedźwiedź obdarzył pchłę (O Martusi Pchełce). Transowe intro nastrojowej, przepełnionej dramaturgią piosenki do tańca (Hej, Zagraj Muzyczko) przywodzi na myśl nadzwyczajnie rozbudowane instrumentalnie kawałki francusko-fińskiego duetu The Dø.
Pełne niedomówień teksty i melodie pisze Basia. Opiera się na starych pieśniach ludowych, starając się oddać drzemiącego w sercu każdego z nas ducha folkloru. Nie tylko polskiego, gdyż Sukienka powstała dzięki inspiracji serbskim utworem, tekst do kompozycji Jerzy stylizowany jest na białoruską pieśń, śpiewaną na przywołanie wiosny, a Wieczerza to ukraińska ballada z Polesia. Tajemnicze aranżacje artyści tworzą wspólnie.

wiedz, o siostro miła, że ja się nie utopiłam,
tylko za mąż wyszłam i za kamień poszłam

tylko za mąż wyszłam i za kamień poszłam,
i zimniutki kamień będzie mym kochaniem

i zimniutki kamień będzie mym kochaniem,
powiedz matuleńce, żem w ślubnej sukience

powiedz matuleńce, żem w ślubnej sukience,
weź, co moje wszystko, kochana siostrzyczko

sosny mi siostrami,
rybki mi druhnami,
a piasku ziarenka to moja sukienka

Ten projekt wnosi sporo świeżości na polski rynek muzyczny. Na jego charakterystyczność składa się wiele czynników - delikatny, kobiecy wokal, gwarowe teksty czy też psychodelia niełatwych kompozycji. Choć na co dzień nie słucham muzyki folkowej, dla Chłopców kontra Basi zrobię wyjątek. Ów bajkowy klimat pochłania całą współczesność, pozwalając odbiorcy oderwać się od realnego świata. 
Marzy mi się ich pełnowymiarowy koncert, podczas którego przeżyłabym niezapomniane chwile, otoczona artyzmem w najbardziej wysublimowanej postaci. To reprezentujące światowy poziom trio zachwyca prawdziwą eufonią dźwięków, wyważonym chaosem, idealnym współgraniem spokojnego wokalu z mnogością instrumentów (m.in. drumlą Basi). Do takich poruszających, wielopłaszczyznowych opowieści pragnie się wracać.







2013/10/15

how to live with the cuckoo-clock heart




"Jeśli nie pozna się smaku poziomek z cukrem, nie prosi się o nie każdego dnia."
Mechanizm serca, Mathias Malzieu




Szanowne Przeznaczenie! Zwracam się z uprzejmą prośbą o to, bym zdołała... 
Schwytać w łapacz snów wszystkie metafory, by móc myśleć tylko nimi.
Spojrzeć prosto w słońce twarzą pogodną, pozbawioną niepokoju.
Dostrzec we wnętrzu mydlanej bańki obietnicę prywatnego raju. 
Przez moment poczuć lekkość anielskich skrzydeł,
których przedłużeniem staną się szeroko rozłożone ramiona.
Zgromadzić całą efemeryczność otoczenia w zasięgu płomienia świecy,
by patrzeć z satysfakcją na topniejącą nieuchronność. 
Choć raz otrzeć się o ponadczasowość, doświadczyć bezinteresowności obcego człowieka.
Nie rozdrapywać ran, wierząc, że wkrótce przestaną powstawać nowe. 

2013/10/12

wszystkie wstydy i zachwyty, wszystkie zmierzchy i poranki


Gdy wyjątkowe chwile nieodwracalnie upływają, zostaję sama, poddając swój organizm paraliżującej monotonii. Może to i dobrze, że mam tendencję do przesypiania sytuacji, z którymi nie potrafię sobie poradzić? Łatwiej jest znieść smutek, jeśli jest się choć przez moment nieświadomym jego istnienia. Ślepe uliczki pokonuję zazwyczaj w fazie REM.  
Nawarstwiający się ogrom myśli. Coraz więcej obaw o przyszłość, kłębiących się w głowie wątpliwości. Mnogość naiwnych pytań, pozbawionych adresata i sensownej odpowiedzi. Bo jak odróżnić egoizm od pragnienia bycia szczęśliwym? I co jeszcze mogę zrobić, by spełniło się marzenie tak wiele razy spisywane bezwiednie wśród odżywających wspomnień? Gdzie podziały się chwile, kiedy tak trudno było mi zasnąć, bo szczery uśmiech nie znikał z mojej rozpromienionej twarzy? 
Świat krzyczy, że mam to, czego chciałam. Zbyt późno uświadamiam sobie konsekwencje tego, że dziś wszystko ma swoją cenę. Rozmowy wciąż odkładane na później, coraz bardziej odległe terminy skrupulatnie planowanych podróży. Może za rok, za dwa, za dziesięć; na studiach, po ślubie, na starość. 
A gdyby tak nie kalkulować, nie zastanawiać się, nie wahać? Nie patrzeć pod nogi, nie oglądać się za siebie? Po prostu żyć, by mieć coś, czego zdobycia nie okupiło się stratą.




"Autorzy teledysku Drobczyk + Kopaniszyn spakowali kamerę i wyruszyli na poszukiwanie bohaterów i ich historii. (...) Powstał dokument o miłości, o sile drobnych zdarzeń, o niuansach mocnego uczucia. O tym, że jeżeli jesteś z tą właściwą osobą, to nic Wam nie przeszkodzi w byciu szczęśliwym. Wszystko zależy tylko od Was. Miłość nie musi być mitem, może być prawdziwą opowieścią. Niekoniecznie prostą, ale nawet z punktami zwrotnymi, złymi momentami, pozostaje najlepszą rzeczą jaka może Was spotkać."

2013/10/03

do you still remember me?


Laureatka pięciu Fryderyków i Paszportu Polityki. Okrzyknięta w dwutysięcznym roku Osobowością Dziesięciolecia przez magazyn Tylko Rock. Tej Pani nie muszę nikomu przestawiać, mimo iż jedenaście lat temu, będąc u szczytu popularności, zniknęła z rynku muzycznego. 
Od premiery piątego albumu studyjnego Edyty (Wodospady) minęło piętnaście lat. Jego kontynuacja początkowo miała zostać wydana latem 2002 roku, jednakże los chciał inaczej.





W 2002 roku zarejestrowane zostały instrumenty, powstała także większość tekstów piosenek pochodzących z najnowszego albumu Edyty. Jedynym wyjątkiem jest drugi singiel (Upaść, by wstać) - artystka stworzyła go w 2007 r.  Materiał na ten krążek był zatem gotowy już wiele lat temu, jednak jego publikacja nie była niestety możliwa. 
Chodziło jedynie o wokal. Bartosiewicz z powodu degeneracji organizmu nie była w stanie wyrazić poetyckiej ekspresji stworzonych tekstów. Przez pierwsze trzy lata nie wiedziała, co się dzieje. Zamykała się w studiach nagraniowych, wydając na to ogromne pieniądze. Za każdym razem opuszczała je niezadowolona. Nie potrafiła przekazać emocji, oddać głębokiego przekazu utworów, co do których piękna nie miała przecież żadnych wątpliwości. 
Artystka przeszła serię badań, których dobre wyniki nie obrazowały jej faktycznego stanu. Do tej pory nie otrzymała zresztą konkretnej diagnozy. Dlaczego więc wystąpiły problemy z głosem? Sama Edyta przyznaje, że nie wytrzymała napięcia i stresu towarzyszącego byciu rozpoznawalną osobą. Jej struny głosowe i krtań przestały działać prawidłowo.





Wstyd przed pokazaniem światu swej słabości doprowadził ją do depresji. Wokalistka w 2006 roku trafiła do szpitala, gdyż nie mogła oddychać. Czuła, że umiera. Wtedy właśnie zrozumiała, że sama sobie nie poradzi. Zwrócenie się o pomoc było ogromnym przełomem. 
Psychicznie pomogło leczenie techniką relaksacyjno-oddechową, jednakże widoczne postępy zaczęła robić dopiero we wrześniu 2011 roku, kiedy to rozpoczęła rehabilitację jogą. Od tamtego czasu czuła się coraz lepiej. W międzyczasie realizowała pojedyncze projekty, lecz jej pierwszym dużym koncertem od lat był występ na Orange Warsaw Festival w 2010 r. 
Edyta w tym roku kończy ośmioletnią psychoterapię i po długoletniej nieobecności wraca na estradę. Jest świadoma tego, iż uratowała ją niewiedza o tym, że jej wokalna niemoc będzie trwała aż 11 lat. Chociaż od 2002 roku właściwie nie funkcjonowała na rynku muzycznym, rzesze wiernych fanów nie zapomniały o niej. Dzięki temu czuła się potrzebna, wiedziała, że czekano na jej powrót. Z drugiej natomiast strony była zbyt słaba, by ustosunkowywać się do niezdrowych sensacji, komentować pogłoski na temat rzekomych premier. Pogłębiało to odczuwaną przez nią presję. Mimo iż niekwestionowana gwiazda lat 90. nigdy nie była celebrytką, jej zniknięcie z show-biznesu wzbudzało wiele emocji. Portale plotkarskie bez przerwy donosiły o uzależnieniu Bartosiewicz od alkoholu i narkotyków. W tym samym czasie artystka pracowała nad sobą tak intensywnie, jak jeszcze nigdy dotąd. Skazana na pozytywizm, którego nienawidziła. 


Edyta w licznych wywiadach zapowiada, że dzięki nowemu wydawnictwu nie pragnie wrócić na szczyt. Nie oczekuje zbyt wiele. Chce jedynie, by przekaz tych piosenek dotarł do pewnej grupy osób, które poczują to, co ona. Wraz z wydaniem pierwszego singla (Rozbitkowie), poczuła, jakby zrzuciła z siebie ogromny ciężar. Skądinąd jej sytuację najlepiej obrazuje utwór pt. Upaść, by wstać
Teksty przepięknych, akustycznych ballad, składających się na krążek Renovatio musiały przeleżeć jak dobre wino. Choć świat się zmienia, natura człowieka wciąż pozostaje taka sama. Najnowsze dzieło Edyty jest unikatowym wehikułem czasu, które opowiada o ponadczasowych emocjach, pozwalając na moment się zatrzymać.





Premiera najbardziej oczekiwanej płyty ostatniej dekady (tak o Renovatio pisze serwis Deezer) miała miejsce przedwczoraj. Jest ona klimatyczną kontynuacją Wodospadów z 1998 roku, utrzymaną w stylu charakterystycznym dla całej twórczości Edyty. 
Renovatio to melancholijna, metaforyczna mieszanina niepewności i zagubienia, przez którą nieśmiało przebija się nadzieja. Kompozycje Edyty już zawsze kojarzyć mi się będą z wymiętą koszulą, zrezygnowanym zdejmowaniem szpilek, śladem szminki na lampce, w której pozostały ostatnie krople czerwonego wina. Jej głos jest dogasającym płomieniem świecy, tęsknym szeptem w bezsenną noc, świtem pełnym wątpliwości. Samotnym spacerem w tłumie przechodniów, z rozmazanym makijażem, pod zachmurzonym niebem. 
Żałuję, że jestem zmuszona słuchać tego dzieła w elektronicznej wersji. Taka muzyka stworzona jest po to, by sączyć się z płyt winylowych w długie, przepełnione rozterkami wieczory. Renovatio upewnia mnie w przekonaniu, że w moim życiu istnieje tylko jedna królowa polskiej piosenki. Choć przyszedł czas na fascynację twórczością Ani Dąbrowskiej, Kasi Nosowskiej, Moniki Brodki, Marii Peszek czy Meli Koteluk, Edyta była nieustannie blisko mnie. Jestem dumna z tego, że moje dzieciństwo zawierało w sobie tak wiele niezwykłości duetu Rojek-Bartosiewicz.
Krążek Renovatio jest dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam. Nie wzbudzi kontrowersji, nie wywoła rewolucji. Nie pozwoli o sobie zapomnieć.





2013/10/01

when there's no rules lesser bother us




Gdybym chciała uciec, po prostu stanęłabym na ziemi.
Poczułabym ciężar własnych nóg, ograniczoność namacalności.
Spuściłabym wzrok, dotykając nielotnego gruntu.
Ja, skażona piętnem prozaiczności bryła nieidealna. 
Zamknęłabym w sobie tę całą nieodwracalność.
Moje ciało byłoby przesiąknięte ostatecznością.
Poznałabym wszystkie nasycenia barw motylich skrzydeł.
Uzasadnienie niepokojących szmerów, budzących mnie ze snu.
Ale jak wiele można wiedzieć, by móc jeszcze cokolwiek zmienić? 
 

2013/09/28

it feels like coming home


Z każdym zachodem słońca robi się coraz bardziej efemerycznie. Gęsia skórka dopomina się o wełnę zbyt dużych swetrów, których rękawy bezwiednie naciągam na zmarznięte dłonie. Lekkie, owocowe balsamy ustępują miejsca intensywnie nawilżającym masłom o zimowych zapachach. Orzeźwiające koktajle oraz kawę mrożoną po grecku zastępuje gęsta gorąca czekolada z bitą śmietaną i stopniowo rozwijające się, tęsknie wirujące listki herbacianego suszu. 
Wkrótce we wzburzonym morzu utoną ostatnie zamglone promienie słońca. Nad płomieniami świec unosić się będzie korzenna woń. A ja będę opierać się o grzejniki, parząc sobie skórę przez kilka warstw ubrań, gdy za oknem będzie szaleć śnieżna zamieć. Skryję się przed pustką hermetycznie opatulona ogromnym, kolorowym szalikiem, lecz mimo to będę odczuwać brak.




Słuchając najnowszego wydawnictwa Mazzy Star, mam przedziwne wrażenie, że czas się zatrzymał. Czuję, że całe moje życie było oczekiwaniem na jego publikację. Byłam obecna na tym świecie niewiele ponad miesiąc, gdy ukazał się Among My Swan. Minęło jednak wiele lat nim poznałam Hope Sandoval, która już na zawsze pozostanie jedną z najbliższych mojemu sercu Artystek. Zakochałam się w jej wrażliwości, w tym niesamowitym, będącym bezcennym darem rozmytym wokalu, który tak subtelnie przeplata się z leniwymi dźwiękami.
Seasons Of Your Day  jest albumem, na który przyszło czekać fanom Mazzy Star siedemnaście lat. Gdy dowiedziałam się o reaktywacji zespołu, radość z jego wystąpienia na OFF Festivalu zmieszała się z obawą spowodowaną upływem czasu. Klimatyczna twórczość lat 90. nie ma bowiem wiele wspólnego ze współczesnym rynkiem muzycznym. Nie chciałam, aby nowy materiał odbiegał pod względem niespotykanego nastroju od krążków sprzed lat. 
Donoszę więc, iż jestem absolutnie zachwycona premierą przepięknej ścieżki dźwiękowej mych niespokojnych snów. I że nie jestem w stanie napisać nic więcej.

2013/09/22

mechanical bull with loud love to AM


Nie wystarcza mi czasu na tak dużą liczbę obszernych, wnikliwych recenzji, jaką mogłabym i chciałabym napisać, a na ilość godnych uwagi produkcji nie można ostatnio narzekać. Dlatego więc, jako iż słucham sporo nowej muzyki (przedpremierowo lub premierowo), postanowiłam w telegraficznym skrócie podsumować trzy ciekawe wydawnictwa. Dziś wieczorem mojemu subiektywizmowi poddam arktyczne małpki, tych, którzy będą się podobać oraz królów Leonu.


AM, Arctic Monkeys

Premiera: 9/09/2013 
Bardzo dobry album. Komercyjny sukces mają szansę odnieść nie tylko niezwykle hitowe, wpadające w ucho R U Mine?, Do I Wanna Know? i  Why'd You Only Call Me When You're High?. Od momentu, gdy zobaczyłam tracklistę, zastanawia mnie fakt, dlaczego tylko tytuły tych utworów zostały ujęte w formie pytań. Mam szczerą nadzieję, że fenomen singli wkrótce podzieli Arabella, mój numer jeden z AM. Oprócz wielu energetycznych kawałków krążek zawiera melancholijne ballady, takie jak Mad Sounds czy też finałowe I Wanna Be Yours, które spokojnie mogłyby pochodzić z debiutanckiej EP-ki Alexa Turnera, lidera Małpek (Submarine).





Loud Like Love, Placebo

Premiera: 16/09/2013 
Spodziewałam się troszeczkę więcej po owym szumnie zapowiadanym w mediach krążku. To nie tak, że się zawiodłam, nie oczekiwałam przecież drugiego Battle for the Sun z odpowiednikiem genialnego For What It's Worth. Najbardziej gorliwi fani zespołu w najnowszym wydawnictwie z pewnością odnajdą ducha starego, dobrego Placebo, ale czy to wystarczy, żeby nie pozwolić przeciętnemu odbiorcy oderwać się od odtwarzacza? W moim przypadku magia nie zadziałała aż tak intensywnie paraliżująco, choć przyznaję, że nie warto szukać na tym albumie rozczarowującej wtórności. Przyjemnie wkręca się chwytliwy singiel Too Many Friends, żywiołowe Rob The Bank i jedna z najpiękniejszych piosenek w dorobku Placebo, Bosco.




Mechanical Bull, Kings Of Leon

Premiera: 24/09/2013 
Czuć, że Kings of Leon mają świadomość, iż nie muszą już niczego nikomu udowadniać. Czuć radość ze wspólnego tworzenia świetnych melodii, które trafią później na szczyty list przebojów oraz do serc wielu osób. Mechanical Bull to naprawdę wspaniały krążek. Wiem, że będę często do niego wracać. Na pozytywną ocenę zasługuje niemalże każda kompozycja, większość zdradza singlowy potencjał. Jest męsko i rockowo (Supersoaker), a zarazem romantycznie i delikatnie (Wait For Me). Najbardziej jednak urzekło mnie odrobinę folkowe Family Tree i nostalgiczne Beautiful War.




2013/09/16

it has all of the characteristics of addiction


Niewiele jest zespołów, których twórczość uwielbiam bez wyjątku, od początku do końca. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do jakiejkolwiek piosenki. Co więcej, znam wszystkie teksty na pamięć, opisuję ich fragmentami ważne momenty, mogąc do każdej sytuacji dopasować odpowiedni cytat. Rolę jednego z takich bandów w moim życiu gra MGMT, amerykański skład zajmujący się psychodelicznym rockiem oraz indie popem spod znaku Foster the People, The Drums i innych. 

Debiutancki longplay The Management, Oracular Spectacular obfituje w energetyczne hity, które natychmiast przebiły się do mainstreamowych rozgłośni radiowych. Time to Pretend  tak bardzo spodobało się twórcom sztuki komercyjnej, że intro tego utworu usłyszymy w reklamie batonika Duplo, pomimo tego, iż jego tekst wyraźnie zniechęca do konsumpcji czegokolwiek (we'll choke on our vomit and that will be the end). Pierwszy singiel MGMT stanowi także element ścieżki dźwiękowej do bardzo dobrego amerykańskiego kryminału, 21 


Pierwszy krążek MGMT zawiera również takie kawałki jak diabelnie seksowny Electric Feel, ponadczasowy hymn młodzieży (The Youth) czy już niemalże kultowe Kids. Moje serce skradły jednak o wiele mniej popularne Pieces of What Weekend Wars. 


Na drugi studyjny album MGMT przyszło czekać fanom ponad dwa lata. I było warto, mimo iż nie odniósł on tak dużego marketingowego sukcesu jak pierwszy. Congratulations zawiera więcej bezładności, dźwiękowych halucynacji i urojeń. Zespół pokazuje swą ciemną, niezwykle mocną stronę poprzez takie utwory jak Someone's Missing czy Lady Dada's Nightmare. Najlepszym podsumowaniem tego wydawnictwa jest teledysk do It's Working. 



Gdy minęło kilka miesięcy od premiery Congratulations, moja muzyczna zachłanność zapragnęła jeszcze więcej pięknego głosu Andrew VanWyngardena, śpiewającego szorstkie teksty, w większości wychodzące spod pióra samego wokalisty. Ku mojej radości, zespół w kwietniu bieżącego roku wypuścił utwór zatytułowany Alien Days, który zapowiadał zdecydowanie najbardziej dojrzały i ambitny album MGMT. Natomiast na początku sierpnia zaprezentował klip do drugiego singla pochodzącego z tej płyty, Your Life Is A Lie. 


Oficjalna premiera trzeciego albumu MGMT (MGMT) odbędzie się 17 września, a więc jutro. Miałam okazję zapoznać się z nim już dzisiaj i po kilkakrotnym przesłuchaniu nie doszukałam się w tym perfekcyjnym wydawnictwie żadnego słabszego momentu. Wysublimowana twórczość chłopaków ponownie mnie zachwyciła i upewniła w przekonaniu, że MGMT są mistrzami, zarówno pod względem warstwy tekstowej i dźwiękowej, jak i w budowaniu niesamowitego nastroju. 
Najlepsze kawałki z tego krążka to przywołujący na myśl największe hity zespołu Plenty of Girls in the Sea i oderwany od rzeczywistości, transowy Cool Song No. 2. Brzmieniowo sporym zaskoczeniem okazał się dla mnie utwór pt. Introspection, swobodnie nawiązujący do beatlemanii. Na uwagę zasługuje także osaczający słuchacza chaos, uzyskany dzięki swoistemu nagromadzeniu przeszkadzajek, m.in. w A Good Sadness oraz I Love You Too, Death. Ów album to przede wszystkim kondensacja leniwych dźwięków, wśród których słowa płyną jakby mimochodem (Astro-Mancy, finałowy An Orphan Of Fortune).
Nowojorczycy już po raz trzeci dają się poznać jako niezwykle specyficzni, dziwni, niewpasowujący się w system jakichkolwiek kategorii Artyści. Każdy znajdzie coś dla siebie w ujmującym połączeniu psychodelicznej elektroniki ze słowami obezwładniająco wwiercającymi się w mózg. Gorąco polecam. Do wnikliwej kontemplacji, nie do krótkowzrocznego tańca.


we all are dwarfs - part three


cd.



KRASNALOVA HISTORIA

Kilka sekund po tym, jak nietypowy prezent dotknął żyznej ziemi, wyrosły natychmiastowo zapierające dech w piersiach kwiaty, bladoróżowe krzewy ozdobne oraz inne niespotykane w skrzaciej osadzie rośliny. Ich wyjątkowość cieszy do dziś oczy turystów tak samo bardzo, jak zaskoczyła ona troje maleńkich istotek. 

            Przyjemne milczenie przerwały narzekania Chrapka, który miał już dosyć wrażeń jak na jedną noc. Truchcia skorzystała z niepowtarzalnej okazji i gdy nikt nie patrzył, wskoczyła do stawu. Chciała pochwalić się tym, że potrafi doskonale pływać. Pozostali krasnale nie podzielili jednak jej euforii. Z przerażeniem spojrzeli na rozplecione warkocze, które falowały pod chłodną wodą. Wystraszyli się, że zrobi sobie krzywdę, nie zawahali się więc wskoczyć za Truchcią w atramentową toń.
Okazało się jednak, że to oni, a nie wysportowana dziewczyna, potrzebować będą pomocy. Kiedy Truchcia wypłynęła ze śmiechem na powierzchnię, dostrzec mogła jedynie spiczaste czubki czerwonych czapeczek. Świetlik i Chrapek machali bezradnie rączkami i stópkami, bezskutecznie próbując dostać się jak najbliżej brzegu.

- Cha, cha, cha! Szkoda, że nie widzicie swoich min – zażartowała znakomita pływaczka.
Natychmiast pomogła przyjaciołom wydostać się na suchy ląd. Chrapek zauważył, jak uroczo układają się pukle włosów subtelnie opadających na ramiona Truchci, lecz na samą myśl o tym, że mógłby jej o tym powiedzieć, czerwieniały mu uszy i czubek nosa. 

            Tamta noc okazała się przełomowa dla społeczności wrocławskich krasnali. Chrapek przeszedł ogromną zmianę. Stopniowo poznawał coraz bardziej oddalone od swej ustronnej ławeczki rejony miasta. Pewnego dnia odważył się nawet zaproponować Truchci, żeby czasem spędzali też czas tylko we dwoje. Wszystkim mieszkańcom nadal wydaje się, że Chrapek ciągle śpi. Może to i dobrze, iż niewielu zna prawdę? Nieliczni wiedzą o tym, że każdej nocy po mieście przechadzają się żądni przygód krasnale, którzy pragną nieść bezinteresowną pomoc potrzebującym stworzeniom, takim jak ranny ptaszek. Dzięki wesołej zabawie upewniają się, że los postawił ich we właściwym miejscu. Najwspanialszym, w jakim mogliby kiedykolwiek zamieszkać. 

            Opiekunek bez pośpiechu dokończył bajkę, mimo iż Krasnomaleństwo już dawno zasnęło. Oddychało spokojnie i równomiernie. Czuło się bezpiecznie, ponieważ pewien troskliwy krasnal nie opuszczał go ani na krok. Spojrzał on w dal z tęsknym uśmiechem, po czym szepnął do uszka malucha: „obiecuję, że gdy dorośniesz, zobaczysz te wszystkie zachwycające miejsca na własne oczy”. W tym samym czasie pluszowe misie w dziecięcych pokoikach mocno przytulały swoich właścicieli.


2013/09/12

we all are dwarfs - part two


cd.


KRASNALOVA HISTORIA

Cała trójka nie mogła oderwać oczu od widoku ogromnej wiszącej konstrukcji, która rzucała nadzwyczajne światło na otoczenie, obejmując je cudowną poświatą. Odczuwali potęgę tej przedziwnej kładki, mającej niewiele wspólnego z opowiadaniami skrzacich mędrców. Zdawało im się, że są tysiące razy mniejsi od tego monumentalnego zabytku. Chrapek po raz pierwszy świadomie wziął udział w przyjaznej dyskusji.
- Dlaczego mosty nie umieją mówić? To takie smutne... Kryją one w sobie tak wiele tajemnic, są świadkiem wielu wzruszających momentów, jednakże nie mogą podzielić się nimi ze swoimi wrażliwymi opiekunami – odezwał się. Zadał pytanie, na które nikt nie był w stanie znaleźć właściwej odpowiedzi. Był pewien, że życiowa wiedza wchłonięta przez budowlę przyczyniłaby się do wzrostu liczby rozmarzonych uśmiechów mieszkańców miasta.
 
            Dalsza część pouczającej podróży upłynęła pod znakiem wielu wnikliwych przemyśleń Truchci oraz Chrapka, które Świetlik starał się odpowiednio skomentować. Mnogość lat spędzonych na dachu pojazdu pełnego ciekawych ludzi nauczyła go cierpliwości w zdobywaniu wiedzy na temat świata. Podczas codziennej pracy usłyszał niemało historii, często pełnych niejasności i niedomówień.
Krasnale zastanawiały się, dlaczego nocą we Wrocławiu jest tak cicho i spokojnie. Przytulna atmosfera sprzyja przecież długim spacerom, a mimo to mieszkańcy miasta wybierają ciasne pokoiki pokryte kurzem niespełnionych marzeń. Od ludzi roi się natomiast w głośny, hałaśliwy dzień, kiedy szary tłum płaszczy i parasoli mimowolnie zapomina o wspaniałości trwających chwil.
 
            Przejażdżka zakończyła się tak szybko, jak szybko się zaczęła. Chrapek nieustannie powtarzał, że jest bardzo zmęczony, ponieważ pierwszy raz, odkąd sięga pamięcią, przez godzinę lub dwie nie zmrużył oka. Uradowana towarzystwem leniwego przyjaciela Truchcia zaproponowała więc naprędce obojgu kompanom wolną przechadzkę po Parku Szczytnickim. Zna go ona całkiem dobrze, gdyż  właśnie przez niego przebiega jej codzienna trasa biegowa.
- Nic się nie stanie, jeśli na chwilę opuszczę swoje stanowisko. Ludzie potrafią sami o siebie zadbać, choć często się do tego nie przyznają – odparł Świetlik, popierając pomysł koleżanki.
 
Chrapek nie miał wyjścia - chcąc nie chcąc, musiał wziąć udział w następnej przygodzie. Już kilka minut później trójka krasnali spacerowała wśród wiekowych drzew, pokrytych soczyście zielonymi liśćmi. Kamraci trzymali się za ręce tak, że ich czerwone czapeczki niemalże się stykały. Na pierwszy rzut oka widać było, że każda kolejna wspólnie spędzona minuta zbliża ich do siebie. 
            Wtem uwagę skrzatów zwrócił ledwo słyszalnie popiskujący ranny ptaszek. Jedno z jego brązowoczarnych skrzydełek przygniótł kamień, którego metaliczna powierzchnia odbijała księżycowe promienie. Krasnoludki wspólnymi siłami uniosły skałę, ratując życie jerzyka. Ptak serdecznie podziękował im za ratunek. Pragnął odwdzięczyć się podarunkiem, który przenosił na swoich skrzydłach niczym najdroższy skarb.
- Udajcie się do Ogrodu Japońskiego, gdzie zasadzicie to z pozoru zwyczajne nasionko – poradził jerzyk, po czym pożegnał się i odleciał w stronę gwiazd jasno połyskujących na tle granatowego nieba.
 
            Przyjaciele postąpili zgodnie z radą ptaszka. Idąc szeroką aleją rozglądali się wokoło. Szukali odpowiedniego miejsca, by posadzić niezwykłą roślinę. Zauważyli piękny staw, którego rozległe brzegi połączone były urokliwym, zadaszonym mostem.
- Proponuję zakopać nasiono obok krętych ścieżek, bezpośrednio sąsiadujących ze zbiornikiem wodnym – zasugerował mądrze Świetlik.
 cdn.

2013/09/11

we all are dwarfs - part one



Ten blog zrobił się chyba zbyt poważny. Brakuje beztroski i naiwnej, dziecięcej radości. Dlatego też w najbliższym czasie zamierzam opublikować tu... bajkę, która być może zaciekawi nie tylko moich najmłodszych czytelników. Jest to pierwszy utwór o takim charakterze, jaki udało mi się stworzyć w życiu. Było to niezwykle ciekawe i pouczające doświadczenie, bowiem nie ma bardziej wymagającej grupy odbiorców niż dzieci, do których percepcji należy odpowiednio dostosować język i styl. Ową bajkę napisałam na początku kwietnia bieżącego roku z okazji Wrocławskiego Festiwalu Krasnoludków, który odbędzie się już po raz czwarty w dniach 13-14 września, a więc w przyszły weekend.




Postanowiłam podzielić tekst na trzy części, żeby nie zniechęcić nikogo do zapoznania się z treścią bajki z powodu jej dosyć sporej długości. Dzisiaj zamieszczam pierwszy fragment. Sugeruję podejść do niego z lekkim dystansem, wszak wszyscy jesteśmy krasnalami. Co więcej, w każdym z nas drzemie dziecko, pragnące idyllicznego obcowania z esencją piękna i cudowności świata. Zaznaczam, że sytuacje opisane w utworze zdarzyły się naprawdę. Jak nietrudno się domyślić, rzecz dzieje się we Wrocławiu, który jest prawdziwym królestwem naszych skrzacich przyjaciół...




KRASNALOVA HISTORIA

            Gdy latarnie gasną z sykiem, słychać delikatny szelest tańczących na wietrze liści. Wtóruje mu pieśń kropli wody, które skapują z rynien i parapetów dziecięcych sypialni. Gwiazdy zaczynają nucić baśniową kołysankę, a powoli sunące po nocnym niebie chmury sprawiają, że cały świat zapada w sen. W tym momencie wszystkie krasnoludki na świecie zaczynają cichutko snuć swe magiczne opowieści. Najwięcej wesołych skrzatów mieszka we Wrocławiu. Po zachodzie słońca wystarczy więc otworzyć szeroko okno, zamknąć oczy i szczerze się uśmiechnąć, by usłyszeć szmery rozmów krasnali. Skarbnicą najbardziej poruszających historii jest pewien mędrzec o imieniu Opiekunek. Całymi dniami i nocami troskliwie kołysze on w swoich silnych ramionach Krasnomaleństwo, zabawiając je pouczającymi opowiastkami. Właśnie teraz zaczyna opowiadać swoją ulubioną, a brzmi ona tak… 
            Nie tak dawno temu, za siedmioma przecznicami i siedmioma przystankami, maleńka istotka pozdrowiła skinieniem spiczastej czerwonej czapeczki śliczną posiadaczkę rozwianych warkoczy. Świetlik giął się w ukłonach do samej ziemi, a dokładniej dachu tramwaju, którym podróżuje każdego dnia. Machał swojej przyjaciółce, wesołej Truchci, której ulubionym zajęciem jest bieganie po ulicach Wrocławia. Nie obchodzą jej zaloty i tęskne spojrzenia wszystkich mężczyzn w mieście, na których ogromne wrażenie robią zaróżowione od zdrowego ruchu policzki, błyszczące oczy koloru fiołków i czarujący uśmiech. Mało kto wie, że próbuje ona zwrócić na siebie uwagę śpiącego bez przerwy na ławeczce Chrapka. Wzbudzenie zainteresowania w znudzonym krasnalu stanowi dla niej niebywałe wyzwanie. 
Świetlik jest bystrym obserwatorem. Już dawno dostrzegł figlarne zerkanie Truchci w stronę największego śpiocha w historii skrzatów. Dobroduszny krasnoludek rozumie swoją przyjaciółkę bez słów. Pragnie, żeby poznała Chrapka i wniosła radość do jego monotonnego życia. Zeskoczył zatem z dachu pojazdu, ryzykując przy tym potarganie odzienia utkanego z płatków najdelikatniejszych kwiatów. Nikt do tej pory nie domyślił się, jakich argumentów użył Świetlik, żeby namówić nieuleczalnego lenia do towarzyszenia mu i Truchci w podróży luksusowymi liniami tramwajowymi po mieście oferującymi najbardziej malownicze widoki. Faktem jest, że Chrapek zgodził się na tę eskapadę pod warunkiem, że będzie mógł bezkarnie położyć się na dachu i zasnąć, jeśli nie zaciekawi go różnorodny krajobraz Wrocławia. 
            Chwilę później bardziej dociekliwi mieszkańcy mogli zauważyć trójkę maleńkich istot, przemierzających miejską komunikacją najpiękniejsze rejony swej rodzimej osady. Z zaciekawieniem wystawiali oni garbate noski w stronę zabytkowych kamieniczek, zachwyconymi spojrzeniami obrzucali gotyckie kościoły i barokowe budynki potężnego kompleksu uniwersyteckiego. Świetlik znał najlepiej historię powstawania unikatowego miasta, dlatego też jął opowiadać legendę mówiącą o Auli Leopoldina. 
            Chrapek początkowo szeroko ziewał i leniwie przeciągał się, przecierając piąstkami zaspane oczka. Widać było, że próbuje niezauważalnie dla kompanów podróży odnaleźć idealne miejsce do położenia się i odpłynięcia myślami gdzieś wysoko nad Sudety. W głowie wyobrażał sobie, że zaśnie jak suseł, a delikatne kołysanie wagonu pozwoli mu całkowicie się zrelaksować. Zdjął więc buciki, które ułożył równiutko obok przyszłego legowiska. Już prawie przykrył się cieplutką kapotką po samą czapeczkę, gdy nagle coś przykuło jego uwagę. Zerwał się z posłania, podskoczył w miejscu, rozdziawił ze zdziwienia różane usteczka. Lekko przestraszył Świetlika, kiedy zaczął nim potrząsać i z podziwem w oczach wskazywać na czarodziejsko oświetlony most, przez który właśnie przejeżdżali. 
- Cóż za fenomenalny obraz! – wykrzyknął.

2013/09/08

i'd like to roll in the (four-leaf) clover




i'd like to roll in the clover
with you over and over
on the white cliffs of Dover
and then i'd let you push me over

Chciałabym zamknąć oczy i obudzić się gdzieś, w miejscu, o którego istnieniu nie śmią marzyć nawet moje niespokojne sny. Zanurzyć swój smutek w koniczynie pokrytej rosą, nieskalanej ludzką obecnością gęstwinie pełnej nieśmiałych motyli. Zmyć z siebie frustrację wynikającą z uzależnienia od konkretnych jednostek. Odnaleźć lek na brak możliwości wpłynięcia na czas, przesiąknięty ostatecznością wydarzeń z przeszłości. A jeśli coś pójdzie nie tak, dać zepchnąć się z białych klifów u wybrzeży Dover i spadać w nieskończoność aż do miejsca, w którym ten świat tonie, stykając się z piękniejszym.


2013/09/04

life's soundtrack sounds better with someone


Wakacje w Rzymie, relaksacyjna kąpiel i gorąca herbata warunkuje przeżycie dzisiejszego wieczoru. Wyznaję makowiecki moizm. Jest czwarty dzień września ostatniego roku beztroski. Godzina ulega zbyt szybkim zmianom, bym mogła podać ją z niezachwianą pewnością. 
Czuję do szpiku kości nieodwracalność każdej minionej sekundy. Wokół mnie gromadzi się zbyt dużo nieszczęść i nieodżałowanych niepowodzeń, porażek przeżywanych w dołującej samotności. Niemal wszystko jest w stanie podciąć moje delikatne skrzydła, których istnienia jestem coraz mniej pewna. 
Zewsząd otaczają mnie rankingi, prognozy, statystyki. Jestem karmiona pesymistycznie wahającą się amplitudą prawdopodobieństwa przeżycia godnego życia. Podobno osiągnę spełnienie i nieprzemijające szczęście, jeśli nie będę na oślep podążać za swoimi marzeniami, których wprowadzenia w życie nikt nie oczekuje. Świat nie potrzebuje mojego nieprzymuszonego zaangażowania i szczerego uśmiechu na co dzień .
We śnie postawię na głowie rankingi, prognozy i statystyki. Będę śmiać się na widok ich bezbronnych parodii i karykatur. W krainie ułudy mam prawo odrzucić racjonalne argumenty. Choć przez moment poczuć, że ktoś we mnie wierzy.




2013/08/27

so, of course, you were supposed to call me tonight


Mogłabym bardzo dużo napisać o sobie. O tym, co się u mnie dzieje, czym zajmuję się na co dzień i co czuję na myśl o zbliżającym się nieubłaganie kwitnieniu wrzosów. Jeszcze więcej mam do powiedzenia w sprawie głaskania miękkiego pyszczka maleńkiej owieczki na tatrzańskiej hali. Łez rezygnacji dzieciaków, których dzielność została wystawiona na próbę, gdyż ich małe nóżki odmówiły posłuszeństwa na zbyt wymagających szlakach. Chrupiących gofrów z bitą śmietaną i jagodami oraz karczm wypełnionych góralską muzyką. Magicznego koncertu Kari Amirian, wzbogaconego premierowymi wykonaniami pełnych pasji utworów z nadchodzącej płyty. Powitania przez tęsknie miauczącego, zielonookiego kłębka czarnego futerka.  
Chciałabym zamyślić się nad wdziękiem ciemnych witryn sklepowych na Krupówkach romantycznie zanurzonych w świetle latarni, Krupówkach nieustannie pełnych obdarzonych talentem lub kreatywnością osób. Jest młoda, długowłosa skrzypaczka, kloszard szczerze przyznający, że zbiera na jabola, artysta malujący na płótnie interesujące portrety przechodniów, kobieta wykonująca karykatury sławnych postaci, a także chłopak pochłonięty literaturą każdego dnia w tym samym miejscu. Nie brakuje mężczyzny grającego na akordeonie, wzbudzających sympatię mimów, ludzi przebranych za misie Harribo, Hello Kitty czy króla Juliana z popularnej animacji.
Z pewnością wspomniałabym o powolnym konaniu jednych z najbardziej majestatycznych, pięknych i wolnych zwierząt, którym codzienności dalece od radosnego galopu. Nie pozwala mi spokojnie zasnąć skrajny egoizm osób zdobywających szczyty w nowobogackim stylu, zapominających o tym, że konie nie mają wakacji ani urlopów. Patrzą obojętnie na smutek kryjący się w zaczerwienionych, wyłupiastych oczach oraz białą pianę toczącą się z żuchwy. Na żywe organizmy nienaturalnie wygięte do przodu, pokryte warstwą potu i siecią widocznych, boleśnie naprężonych żył. Na niezwykle ludzkie próby złapania głębszego oddechu przez rozdziawione nozdrza. 
Dlaczego ludzie są tak okrutni i bezmyślni? Gdzie podział się zapisany w człowieczych genach szacunek do wszystkich istnień? Czy niezwykły cud, jakim jest życie, naprawdę można przeliczać na pieniądze? I czy współcześni turyści zapomnieli o przyjemności pieszych wędrówek, przyjeżdżając w góry jedynie po to, by stać w kolejce do wyciągów lub oczekiwać na wóz, który kosztem zdrowia i w konsekwencji życia innego stworzenia zawiezie ich w upragnione, trudno dostępne miejsce? 

Mimo tych wszystkich mniej lub bardziej idyllicznych myśli siedzących w mej głowie dzisiejszy wieczór zamierzam poświęcić trzem wyjątkowym wokalistkom, których twórczość w ostatnich dniach wiernie mi towarzyszy. Nie potrafię racjonalnie tego wyjaśnić, bo choć nie przepadam za brzmieniem języka francuskiego, uwielbiam francuski akcent w języku angielskim. Kilka lat temu zafascynowała mnie nim Olivia Bouyssou Merilahti i tak pozostało do dziś.
Z jakiegoś powodu niesamowite wokale tych pięknych kobiet układają mi się w jedną, spójną całość. Zacznę od Yael Naim, która jest pół Izraelką, pół Francuzką. Jej piosenki pokazują, jak wiele w odbiorze tekstu zmienia sposób jego przekazywania.



Stephanie Sokolinski poznałam całkiem niedawno. Jej rodzice są polskimi Żydami, niemniej jednak urodziła się we Francji. Dorobek SoKo jest stosunkowo niewielki, lecz jest w stanie zauroczyć każdego już od pierwszego dźwięku.



Na koniec Sóley, która jako jedyna z tego urzekającego trio nie ma nic wspólnego z Francją. Pochodząca z Islandii artystka jest członkinią sekstetu wokalno-istrumentalnego Seabear, którego działalność nie wykracza poza ciepły indie-folk.





2013/08/19

wish I could show a little soul


Aktualna faza Księżyca wpływa koszmarnie na moje samopoczucie. Przygnębia mnie świadomość tego, że tak wiele mogłabym zrobić, tymczasem leżę bezczynnie na łóżku i wpatruję się w czarny sufit niespokojnymi oczami, które nie przymykają się nawet na sekundę. Nie mam siły zmienić piosenki w odtwarzaczu, więc po raz siódmy słucham tej samej. Nie zastanawiam się nad sensem słów swobodnie przepływających przez białe słuchawki. Zlewają się w niezrozumiały, kojący potok, idealnie współgrający z mętlikiem w mojej głowie. 
Wciąż na nowo rozwiązuję te same układanki, układam puzzle o nieskończonej liczbie elementów. Zapominając o wcześniejszych rozważaniach, zaczynam ponownie myśleć o tych samych sprawach. Czas nie gra roli. Wolno sunące po rozgwieżdżonym niebie chmury nie są w stanie przyćmić obezwładniającego blasku srebrzystej tarczy. Z każdą mijającą minutą narasta we mnie strach przed spojrzeniem na białe, elektroniczne cyfry, które prawdopodobnie wskazują barbarzyńską porę.
Nie kontroluję chaotycznych myśli. Stopniowo opanowują je cienie mych zaburzeń emocjonalnych, niedostrzegalne za dnia. Przypominają mi się sytuacje, o których wolałabym zapomnieć. Ludzie, z którymi kontakt znacząco wpłynął na częstotliwość występowania mizantropicznego nastroju. Słowa, które boleśnie wyryły się gdzieś wewnątrz mnie. W żaden sposób nie mogę wpłynąć na to, co dzieje się w moim umyśle. Jestem postronnym obserwatorem abstrakcyjnych obrazów. Zalewa mnie fala czegoś dziwnego, przypominającego przerażająco realistyczne koszmary. Czuję, jakbym śniła, chociaż nie zmrużyłam oka.

Zaakceptowałabym bezsenność jedynie wtedy, gdybym przeżywała ją w Seattle.



2013/08/15

walking up the hill tonight



The Spirit of Flight by Josephine Wall

Czy Pani Lato opróżnia urząd jak prezydent czy raczej ustępuje z tronu niczym podstarzała królowa?
Czy schodzi jej opalenizna zaraz po ukorzeniu się przed Paniami Jesienią, Zimą i Wiosną?

Czy drobne piegi na jej smukłym ciele znikają?
Albo miodowe pasemka w złocistych włosach przestają być widoczne?
Czy jej obojczyki wciąż pachną karmelem, jak wtedy, gdy muskały je skrzydła motyli?
A może jest anemicznie blada, zmarznięta, ze spierzchniętymi ustami i niezdrową cerą?

Czy jej karnacja ciemnieje, przystosowując się do niskich temperatur?
Przecież nie wolno jej zapaść w czasomarny letarg pośród gnijących stokrotek.
Nie powinna zasypiać razem z drapieżnymi, przypominającymi maskotki ssakami.

Odrętwiałe, bezbronne ciało nie wzbudza szacunku.
Cień rzucany przez ośnieżone rzęsy nie przywołuje wspomnienia ich dostojnego trzepotu.
Szorstkie, potargane kudły monarchini przygód na jedną noc, władczyni nagich ciał spowitych księżycową poświatą, cesarzowej naskórków podrażnionych przez szorstkie ziarenka piasku.

Co Pani czuje, gdy ciemnowłosa, wyniosła piękność odbiera Pani kruchą, wysadzaną drogimi kamieniami koronę na samotnym, nieśmiało zakwitającym wrzosowisku?
Czy Pani płacze, coraz szybciej, na oślep biegnąc przed siebie?
Czy ma Pani ochotę rzucić się w przepaść, gdy obumarłe liście szeleszczą pod Pani stopami?
Czy ktoś krzyknie, widząc desperację w oczach nagiej, zrozpaczonej, wałęsającej się kobiety?
Chyba nie pozwoli Pani ostrym odłamkom skalnym rozszarpać błękitną suknię utkaną nocą przez jedwabniki?

Pani Lato, czy Pani się boi?


2013/08/14

i'm lost to a love that's a mile wide




Minęło kilka tygodni od premiery tego wspaniałego krążka. Postanowiłam poddać próbie czasu ogrom mojego zachwytu nad niezwykłością odczuwania psychicznego uniesienia i... uzależniłam się od Wagi Miłości Editorsów.

Uzależniłam się od fenomenalnego teledysku do Formaldehyde - utworu, którego dźwięki na stałe splotły się z moimi myślami. Od Toma, który czułym szeptem swego cudownego głosu tłumaczy mi, What Is This Thing Called Love. Od pełnych pasji, tętniących nieskrywanym romantyzmem akustycznych wykonań Honesty. Od zarażającego szczerym uśmiechem, niepowtarzalnego entuzjazmu przebijającego przez strofy A Ton Of Love. Od chwili refleksji nad tym, czy byłabym w stanie polubić pajęczaki, gdyby miały więcej niż jedno serce (Two Hearted Spider). Od lekkości zapowiadającej dobry dzień piosenki The Weight. Od depresyjnego smutku (Nothing), unikalności paradoksalnych tekstów (Sugar), przypływu uderzającej energii (Hyena). Od oczyszczającego duszę katharsis (Bird Of Prey) i rozdzierającej serce melancholii (The Phone Book).

Uzależniłam się od delikatnych płatków białej, niewinnej róży, dających schronienie prawdzie o miłości. I tak dobrze mi z tym...

2013/08/10

warning: you'll never play hide-and-seek again!


Najbardziej lubię filmy, których obejrzenie pozostawia ślad w mojej psychice. Produkcje o fabule tak doskonale skrojonej, że zapoznanie się z nimi promieniuje na resztę mojego życia. Często są to elementy fantastyki grozy, ale jedynie wtedy, gdy zawierają anomalie i zjawiska paranormalne. Coś, czego nie widać gołym okiem przeraża mnie najbardziej, w odróżnieniu od specyficznie poruszających się gumowych potworów, zbryzganych sztuczną krwią, płynącą spod piły wbitej w głowę dziwnie ucharakteryzowanego aktora.

Przyszedł  więc czas na obiecaną recenzję wytworu kinematografii, na który warto zwrócić uwagę. W pewną lipcową noc miałam okazję wybrać się do wrocławskiego kina na premierowy seans amerykańskiego horroru zatytułowanego Obecność (The Conjuring). Do odwiedzenia Heliosa najbardziej zachęciło mnie to, że przedstawiona opowieść oparta jest na faktach. Spodziewałam się braku przerysowania, kontaktu z czymś autentycznym i z powodu owej realności dużo bardziej niepokojącym. Czy słusznie?
Nawiedzona nieruchomość to bodaj najczęściej stosowany motyw w tego typu produkcjach. Fabuła filmu na pozór nie wnosi zatem nic odkrywczego - szczęśliwa rodzina Perronów przeprowadza się do pustego, drewnianego domu nad jeziorem, by zacząć od nowa. Poprzedni mieszkańcy tej posiadłości, mimo iż są martwi, nie zamierzają jednak umożliwić nowym lokatorom spokojnego życia. Carolyn (Lili Taylor) przybywa siniaków, jej córki (a jest ich całkiem sporo - Andrea, Nancy, Christine, Cindy i April) zaczynają się zdumiewająco zachowywać, coraz częściej coś dziwnego budzi ich ze snu. Przemieszczający się zapach zgnilizny, niezrozumiałe postępowanie psa, zatrzymujące się zegary... Gdy zaczyna przybywać oznak obecności terroryzującego demona, Perronowie proszą o pomoc słynne małżeństwo badaczy zjawisk nadprzyrodzonych.
Od momentu, kiedy Lorraine i Ed Warrenowie wkraczają do życia przerażonej rodziny, reżyser nie szczędzi nam scen grozy. Napięcie nie opada nawet na chwilę, a tajemnicza historia pokazana jest z dwóch punktów widzenia - pary badaczy oraz pragnących ochronić swe dzieci Carolyn i Rogera (Ron Livingston). Poznajemy również małą Judy Warren, która dorasta w otoczeniu świadectw demonizmu i dowodów istnienia zła, zebranych przez jej rodziców. Przez pozostałą część seansu cieszyłam się, że po obu stronach mam kogoś, kogo mogę cały czas mocno trzymać za rękę. 
Postępująca akcja zaczyna wydawać się coraz bardziej niemożliwa, nagromadzenie niesamowitych zdarzeń przejaskrawione, a oparcie na faktach odrobinę naciągane. Nie mnie jednak oceniać, które z przedstawionych elementów są barwną wizją twórców, mającą niewiele wspólnego z faktycznymi doświadczeniami państwa Warrenów, bowiem nie miałam okazji przeczytać żadnej z wielu książek ich autorstwa. Rzeczywistość jest o wiele bardziej straszna, niż można przypuszczać. Jeśli chodzi o Obecność, pewne jest zaledwie to, że mamy styczność ze starannie zrealizowaną, porządną produkcją.

  
Światowa premiera owego dzieła filmowego miała miejsce 19 lipca bieżącego roku, natomiast polska tydzień później, 26 lipca. Obecność wyreżyserował James Wan, który ma na swoim koncie kilka naprawdę dobrych horrorów - PiłęNaznaczonego oraz Dead Silence.  Za scenariusz odpowiedzialni są bracia bliźniacy z Portland, Carey i Chad Hayes. Zdjęcia zrealizowano w malowniczej Karolinie Północnej. Nie zabrakło oczywiście intrygującej ścieżki dźwiękowej i rzetelnego aktorstwa. Vera Farminga wcieliła się w rolę pogromczyni duchów, zaś jej męża zagrał Patrick Wilson. Ciekawostką może być fakt, że Cindy Perron zagrała prześliczna Mackenzie Foy, Renesmee Cullen ze słynnej sagi o wampirach. 
Jeżeli lubicie zabawę w chowanego i nie wyobrażacie sobie bez niej życia, stanowczo odradzam obejrzenie tego filmu. W pozostałych przypadkach gorąco zachęcam. Pamiętajcie jednakże, by nie podążać za dźwiękiem usłyszanego w środku nocy klaskania (szczególnie jeśli nadbiega ono z szafy). Nie należy ponadto bawić się zabawkami znalezionymi w niecodziennych okolicznościach. To, że ktoś pociągnie was za stopę, a nikogo innego nie będzie w pokoju, także nie jest normalne i powinno być dla was niemałym powodem do zmartwienia.


Edward Warren zmarł w 2006 roku. Lorraine Warren skończyła w styczniu 86 lat. Chcącym dowiedzieć się coś więcej na temat ich biografii polecam tę stronę.


2013/08/08

I will give you all I never owned


Marzenia są bezcenne i bezsenne.
Nie dają się skazić ni utulić.
Nie tracą się z oczu.
Nie domykają drzwi. 
Co ma zapłonąć najpierw się tli.
(negacja istnienia niewypałów pomaga osiągnąć święty spokój)




2013/08/05

the important things are always simple





Przedostatni tydzień lipca obfitował w pozytywne zmiany. Po wielu dniach leniwie spędzonych na oglądaniu filmów i czytaniu książek, na przemian z karmieniem wiecznie głodnego kota, przyszedł czas na szybkie spakowanie się i zarezerwowanie biletów. Zwiastowało to spontaniczny wyjazd, który przekształcił się w najbardziej intensywnie przeżyte dwa tygodnie tych wakacji, będące kumulacją cudownych chwil, do których wracać będę wspomnieniami przez następne miesiące. 
W bagażu podręcznym Miguel Santana w magiczny sposób opowiadał zbożowym ciasteczkom o okolicznościach występowania śpiewu jaszczurów. Przeładowaną torbę podróżną wypełniały dźwięki pierwszego, zarejestrowanego w warszawskiej kamienicy najmniejszego koncertu świata. W słuchawkach Jeff Buckley tęsknie wirował w przedziwnym tańcu z Hope Sandoval. 
Kilka godzin później przytuliłam się do dwojga niewidzianych przeze mnie od dłuższego czasu osób, tak ważnych w moim życiu, że nie potrafię wyrazić w zwykłych słowach, jak bardzo tego potrzebowałam. Nie wspominając o tym, że do naszego spotkania doszło w okolicach, w których pragnę spędzić najbliższe lata swojego życia. Wśród stałych bywalców Tralalala Cafe, widowiskowych pokazów najpiękniejszej polskiej fontanny multimedialnej na Pergoli przy Hali Stulecia, ścieżek, na których spotkać mogę plakaty zapowiadające sztuki z udziałem Bartosza Porczyka. Najbardziej zielone miasto Polski, pełne czarujących kamieniczek i przyjaznych krasnali, czwarte w Europie pod względem liczby urokliwych mostów i kładek. Wiem, że moje miejsce jest właśnie tutaj.

Instytut Filologii Polskiej UWr, fot. Małgorzata Skibińska

Bliskość pamiętnych chwil sprawia, że słona ciecz samoistnie zbiera się w oczach. Bo jeśli choć przez kilka sekund ma się przy sobie wszystkie zawsze ważne rzeczy, jest co wspominać przez lata. Widzę wyraźnie wartość z pozoru banalnych momentów. Kupowania zbyt dużo niepotrzebnych rzeczy w sklepach, których nawet nie zamierzało się odwiedzić. Wielogodzinnego przemierzania Wrocławia w poszukiwaniu drogerii oferującej wyśniony odcień kredki. Poranków spędzonych w tramwajach, zapowiadających aktywnie spędzone dni, kończące się melancholijnymi powrotami nocnymi autobusami do przytulnego mieszkania. Poznawania każdego fragmentu placu uniwersyteckiego z naiwną radością dziecka. Uciekania w świat marzeń podczas spaceru w otoczeniu klimatycznych kawiarni. Wymieniania szczerych uśmiechów z przypadkowymi przechodniami. Bycia atrakcyjniejszym niż kiedykolwiek dzięki opaleniźnie i braku makijażu. Chodzenia boso, jedzenia pizzy na plaży, niedoskonałego odbijania piłki w chłodnej wodzie...



Mój błogi odpoczynek nie obędzie się bez dobrego jedzenia. Miks tego lata to lody Carte d'Or o smaku sernika z sosem malinowym oraz schłodzony, domowy mus czekoladowy z jagodami. Nie sposób zapomnieć o delikatnym cieście biszkoptowym z jagodami i bitą śmietaną, na które jak najszybciej muszę zdobyć przepis. Czy istnieje coś bardziej kojącego zmysły od zanurzania wafelków w espresso na zacienionym tarasie lub pieczenia owsianych ciasteczek z korzenną nutą? 
W pamięć zapadła mi orzeźwiająca, grejpfrutowa lemoniada z Pizza Hut oraz kosztowanie wyjątkowych słodkości ze znanej na całym świecie ciastkarni Cinnabon. Dyskusje na temat wyższości kanapek z Burger Kinga nad tymi z McDonalda czy też wspólne dokonywanie wyborów pomiędzy ostrymi specjałami oferowanymi przez orientalną restaurację Sevi Kebab a kubełkiem z KFC. 


na fotografii ukochanych naturalnych kosmetyków brakuje kilku rzeczy, m.in. zielonej świecy oraz kuli kąpielowych

Nigdy nie potrafię przejść obojętnie obok stoiska Organique. Cieszy mnie już samo staranne wybieranie perfekcyjnych kompozycji zapachów świec oraz olejków do masażu, kuli, soli, płynów i pudrów kąpielowych. Jako miłośniczka długiego wylegiwania się w wannie uwielbiam stopniowe zabarwianie się wody i subtelne natłuszczenie skóry, które poprzedza charakterystyczne musowanie produktu. Rozchodzenie się niezwykłych woni po całym domu jest jedną z najprzyjemniejszych chwil relaksu, na jakie można sobie pozwolić na co dzień. Przyznaję, że nie spocznę, dopóki nie wypróbuję wszystkich produktów tej marki, szczególnie tych o preferowanych przeze mnie aromatach (grecki, różowa guawa, wanilia i pomarańcza z chili). 

Ciekawym doświadczeniem było także uczestniczenie w 13. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty, sponsorowanym przez T-Mobile. Najbardziej żałowałam, że nie wzięłam ze sobą aparatu, gdy jako jedna z setek (a może tysięcy?) osób zgromadzonych na wrocławskim Rynku oglądałam dramat społeczny pt. Nieulotne. To polsko-hiszpańska produkcja, której reżyserem i scenografem jest Jacek Borcuch, znany z filmu Wszystko, co kocham. Kino plenerowe wytworzyło niesamowitą więź pomiędzy widzami, którzy wypełnili wszystkie tarasy restauracji w centrum, siedzieli na ławkach lub, podobnie jak my, po prostu wygodnie leżeli na nagrzanym po upalnym dniu bruku. Nawet wyczuwalne napięcie w przełomowych momentach fabuły nie mąciło porozumiewawczej ciszy, pozwalając dzieciom słodko spać. Ubolewam nad tym, że nie udało mi się uwiecznić tego niezapomnianego widoku. 
 
Premierowy, nocny seans Obecności (reż. James Wan) w Magnoliowym Heliosie spotęgował mój strach przed specyficzną odmianą zabawy w chowanego. Nie będę rozwodzić się nad tym amerykańskim horrorem, dodam jedynie, że jako iż nie jest on tylko wytworem wybujałej ludzkiej wyobraźni, w najbliższym czasie przygotuję recenzję tegoż filmu.


2013/07/20

in the middle of nowhere


Niekiedy patetyczna modlitwa o duchowe wzloty i upadki przestaje absorbować. Zaczyna się doceniać urok przyziemności, wyjątkowość każdego dnia życia zwykłym życiem. Najbardziej intensywnie nastraja codzienność, odbierając wiarę w potęgę natchnienia.
Podczas wieczornego spaceru po lesie stosuje się kompilacje wyrażeń oksymoronicznych, by najlepiej określić paradoksalność komizmu sytuacyjnego. Dzieje się tak, gdy z przyjemnego, wynikającego z obcowania z naturą letargu budzi cię trzask opuszczanego przez długowłosą nimfę drzewa, które zaprzedało swą duszę kornikom i łamiąc się, boleśnie zdarło naskórek z pechowo postawionej nogi. 
Nie wspominając o tym, że kiedy wraca się do domu i kładzie na łóżku z filiżanką białej herbaty, samozwańczego eliksiru młodości, nawet wtedy ma się szansę na przeżycie czegoś niezapomnianego. Pod warunkiem, że jest w stanie zadziwić cię miauczenie stworzenia o zachwycająco zielonych oczach i aksamitnym, smoliście czarnym futerku w progu twojego królestwa, którego pojawienie się więcej ma z cudu niż niejedna pustynna fatamorgana. Szczególnie jeśli w okolicy nie mieszka żaden dachowiec.


Hope is back


2013/07/13

damn heart, you've done it again


prologos

We wszechświecie panuje błędne przekonanie, mówiące, że najbardziej zbliża ilość wypitego wspólnie trunku. Współczesnym symbolem romantyzmu stała się wykwintna kolacja, kompozycja afrodyzjaków spożywana wśród olejków eterycznych i płomieni świec, których zapachom towarzyszy idealnie dobrane, wysokogatunkowe wino. Białe do łososia z suszonymi pomidorami i mozzarellą, różowe do sufletu czekoladowo-pomarańczowego, a gdy spotkanie przeniesie się do sypialni, serwuje się świeże truskawki ze słodkim winem musującym. Koniecznie uprzednio schłodzonym, jak gdyby posiadało się umiejętność panowania nad niesfornością serca, potęgującą nieoczywistość uczuć.  
Czasem następuje zawiedzenie. Ktoś okazuje się mniej jakiś niż w wyobrażeniach snutych poprzedniego wieczoru, który poprzedzała wizyta u kosmetyczki oraz zakupy będące początkiem przedwczesnego gromadzenia ślubnego posagu.  
Co zatem tak naprawdę tworzy głęboką więź pomiędzy dwojgiem istot? Bliskość dusz najlepiej odzwierciedla coś, co nagminnie bagatelizujemy, nie myśląc o tym poważnie.  Nagle dziwimy się, że nie możemy zasnąć, że oczy zachodzą łzawą mgłą, że trudniej nam się oddycha, brakuje powietrza, a wraz z nim kogoś wyjątkowego.  Powoli uświadamiamy sobie, czyjej codzienności i ciepłego oddechu potrzebujemy. 
Lekkomyślnie ignorujemy moc wspólnego przyrządzania gorącego kakao, wywaru z mającego wkrótce rozkwitnąć romansu, w którego oparach kryje się niedostrzegalna zmysłowość. Długie, leniwe rozmowy zapadają w otwarte serca, między którymi nawiązuje się intymna, nierozerwalna nić porozumienia. Życie uczy, że szczerość przyjaźni jest jedynym dobrze wróżącym symptomem miłości, którą można określić wieczną i prawdziwą. 
Nie trzeba zjeść razem beczki soli czy pomóc komuś wypić kufel nawarzonego piwa. Wystarczy kilka kubków czekoladowego naparu, by zwariować na czyimś punkcie. Wełniane, jaskrawo kolorowe skarpety nie do pary, ogrzewające marznące nawet w lecie stopy. Amarantowe dresy, najbardziej infantylny element garderoby, z którym tak trudno było mi się rozstać. O kilka rozmiarów za duży T-shirt z wytartym logo Backstreet Boys, ukochanego boysbandu z lat dzieciństwa. Mój wygląd tamtego wieczoru do tej pory jest dla mnie wstydliwym tematem.  Ale skąd miałam wiedzieć, że zbierane skrupulatnie korkowe dowody upojnych nocy, pozornie zapowiadających ekstatyczne uniesienia w szczęśliwym, stałym związku, że to wszystko nic nie znaczyło? Przyszło mi się o tym przekonać o wiele, wiele później...