2012/11/17

i'm still alive


Jestem na uwięzi. Jestem psem na łańcuchu, ptakiem w klatce, myszą złapaną w pułapkę, koniem idącym na rzeź. Niezależnie od tego, w którą stronę staram się zwrócić, metal szaleńczo trzyma mnie w duszącym uścisku. W momencie przypływu mych sił kruszy się, głęboko raniąc delikatne ciało. Niektóre drobinki rdzewieją, drażniąc się ze mną. Jakaś niezbadana siła sprawia, że się odradzają. 
Silne podmuchy przewracają mnie. Próbuję się podnieść, lecz mordercze błoto hamuje moje wysiłki. Pochłania mnie, wciągając coraz głębiej. Patrzę przed siebie, w niebo, nieważne gdzie, bo i tak nie mam szans. Sama nie wiem z czym walczę, przed czym uciekam. Usiłuję uwolnić się od Nieznanego, któremu oddają hołd wszystkie strzygi i upiory. 
W mojej głowie coraz większa pustka. Ostatnie zgniłe liście, gdyby tylko mogły, niepokojąco szumiałyby na porywistym wietrze. W oddali potwornie skrzypi negatywna energia. Instynktownie zamykam oczy, lecz wciąż widzę cuchnące sterty śmieci. Horyzont przysłaniają mi kłębiące się burzowe chmury i czarny dym. Ze wszystkich stron spoglądają na mnie karykaturalne twarze wygięte w szyderczych uśmiechach. 
Jestem padliną. Latają nade mną krwiożercze ptaki, okrążają moje myśli nierozerwalnym łukiem, zostawiając coraz mniej przestrzeni. Zniecierpliwione hieny czekają, aż się uduszę, aż wydam ostatnie tchnienie. Ostateczny upadek nie nadejdzie nigdy. 
Lepiej zostać niezrozumianym niż postąpić niegodnie z własnymi zasadami. Zawsze uważałam, że należy żyć tak, aby na naszą cześć stworzono kiedyś logo Google. Najzwyklejsze, z jakąś prostą animacją i fajną melodią. Wyświetlane w rocznicę naszych urodzin, nie śmierci. 
Całkowicie zmieniło się moje nastawienie do spraw, które wcześniej mnie absorbowały. Namnażają się mało rzeczywiste, nieokreślone koszmary. Przerażające widma podążają za mną krok w krok, przyjmując makabryczne postaci ze złych snów. Nie jestem z tego świata. Jestem na granicy, każdego dnia niebezpiecznie balansuję na krawędzi. Jestem tutaj sama. Nie ma nikogo, kto dzieliłby mój los. 
Nie było tak zawsze, lecz chyba już tak pozostanie. Nie ma kogoś, kto usłyszy, nie tylko wysłucha. Kogoś, kto wie, co się teraz ze mną dzieje, co powinnam zrobić, co dalej.
Wstanę. Zaścielę łóżko. Ubiorę się, zrobię coś, najpewniej bałagan. Posprzątam, by spojrzeć na osiadające kilka godzin później cząsteczki kurzu. Przygotuję składniki, stworzę coś jadalnego. Wszystko po to, żeby zjeść, pozmywać, pochować opakowania do szafek. Zrobię pranie, wyprasuję, by następnie poplamić ubrania i ponownie nastawić pralkę. Przebiorę się w piżamy, przykryję, zamknę oczy. Zasnę. Będę marzyć o butelkowo zielonej sukni do ziemi ze sztywnym gorsetem, idealnych skórzanych szpilkach i pojedynczej, niczym nie ozdobionej, herbacianej róży. 
Kilka godzin później znów wstanę. Wciąż to samo, od nowa, w nieskończoność. Kiedyś nie będzie nudno. Nie wstanę, nie posprzątam, nie zrobię prania, nie będę prasować ani marzyć. Nie będę potrzebowała jedzenia, sukienek, szpilek ani kwiatów.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz