2012/11/30

strawberry fields forever


Mój wierny przyjaciel, piekarnik oznajmia wszystkim domownikom, że w tortownicy piecze się aromatyczne, ciemnobrązowe ciasto. Delikatny zapach kawy i kakao dolatuje nawet do mojego pokoju, który znajduje się na piętrze. Zaraz przygotuję parujące opuszczającym mnie na moment smutkiem kakao - napój bogów, najgenialniejszy wynalazek ludzkości. 
Nikt nie da ci tyle uśmiechu, ile potrafi dać gorące kakao, które jest przy tobie zawsze, gdy tego potrzebujesz, rozwiewając wszelkie wątpliwości. Ono nigdy nie powie, że nie poznaje zmarzniętych dłoni, które trzymają kubek z postaciami z disneyowskich kreskówek. Że bezpowrotnie odeszło coś, czego nie da się naprawić. Rozmaże jedynie szminkę w odcieniu toffi, a nie tusz do rzęs. 
W ciepłych dresach oczekuję na nadejście świąt i śnieżnobiałych płatków śniegu, padających na roześmiane twarze szczęśliwców. Ostatnio dzieje się tyle nieprzyjemnych rzeczy, wręcz niepokojąco potrzebuję odrobiny idyllicznego spokoju. Choć najczęściej mam po prostu dość, w tej chwili jednak podaruję sobie wewnętrzne przyzwolenie na fałsz - wszystko jest w jak najlepszym porządku. 
Jest okay, poza tym, że nie mam czasu zastanowić się nad własnym życiem. Nad swoją przyszłością oraz tym, czy warto jest buntować się wobec ludzi, którzy być może tak naprawdę mają rację. Zbyt dużo zewsząd wymagań. Zalewa mnie ocean oczekiwań i niespełnionych, naiwnych nadziei. Boję się zasnąć, by nad moją świadomością nie zapanowały wykreowane przez narażoną na przeciętne życie wyobraźnię do bólu realistyczne koszmary. 
Czuję, że to nie jest jeszcze właściwy moment. Nie dojdę do żadnego konkretnego wniosku. Napiszę więc o filmie tygodnia, którym bezsprzecznie jest 'Across the Universe'. O jego istnieniu dowiedziałam się dzięki Idze. Polecam ów musical każdemu, ponieważ wykonanie wszystkich najbardziej znanych piosenek Beatlesów mniej lub bardziej fascynuje. Ja pokażę wam przepiękną, głęboką interpretację jednego z moich ulubionych utworów tego legendarnego zespołu - 'Strawberry Fields Forever' zaśpiewane przez Jima Sturgessa (który notabene o wiele przystojniej wygląda w krótszych włosach w 'One Day').



2012/11/26

I wrote this letter especially for You


Anonimowy, szarobury Człowieku! 
Możesz przyjąć, że wszystko jest relatywne, a zatem nierealne. Niejednoznaczności są martwe. Nie ma sprawiedliwości, prawdy, uczciwości ani obiektywizmu. Nie istnieje szczęście, miłość i zaufanie. Wszystko jest pojęciem względnym, zatem tak naprawdę nie ma niczego, a skoro nie ma niczego, to nie ma nas. Nie ma Ciebie ani mnie. 
Nie istniejesz, więc jeśli z jakiegoś powodu jest Ci przykro - przestań. Na przestrzeni dziejów większego znaczenia nie będzie miało to, z kim się zwiążesz, jaką skończysz szkołę czy w jaki sposób ułożysz sobie życie. Ciesz się nim. Rób wszystko, na co przyjdzie Ci ochota. Rzadko myśl o konsekwencjach, które są nieważne i są niczym w porównaniu z wiecznością. Jesteś zaledwie iskierką płomienia ponadczasowości. 
Śmiej się nieprzerwanie, chyba, że łzy przynoszą Ci ulgę. Martw się jedynie, jeśli rozmyślanie pozwala Ci docenić to, co masz. Kochaj kogoś, kto daje Ci szczęście, niezależnie od okoliczności i bzdur tworzonych przez naiwnie wierzący w nieprzemijalność rozum. 
Nie licz na to, że ktoś zrobi coś za Ciebie. Nie jesteś bezsilny, masz zdalnie sterowany organizm i całkiem nieźle rozwinięty umysł. To Ty trzymasz wielofunkcyjnego pilota, nikt inny. Nie wmawiaj sobie, że nie możesz czegoś zrobić, że jesteś zależny od losu, który podarował Ci taką, a nie inną sylwetkę, kolor oczu czy tembr głosu. Wszyscy jesteśmy idealni. Każdy z nas jest nieproporcjonalny w unikalny sposób. 
Ważne jest, by każdy mógł się z Tobą dogadać, porozmawiać o  istotnych, niezależnych od chwilowych trendów sprawach. Powinieneś konstruktywnie oceniać otoczenie, kierować się niezmiennymi wartościami, interesować się czymś więcej niż wnętrzem szczelnej bańki mydlanej, w której żyjesz. Mówi Ci to osoba, która ciągle pracuje nad akceptacją samej siebie. Nie do końca rozumie otaczający świat, ale stara się sprawić, by żyło jej się lepiej. Pewnych zjawisk nie umie sobie wytłumaczyć, ale mimo wszystko próbuje zaakceptować czarno-białą rzeczywistosć. Wie, że czasem jednak warto odpuścić, schować źle pojęty honor gdzieś głęboko, jeśli resztę życia ma się być nieszczęśliwym. 
Rób swoje, spełniaj marzenia, nie odkładaj niczego na później, bo możesz nie zdążyć wypowiedzieć cennych słów. Nie żałuj niczego, zawsze patrz oczyma wyobraźni w błękitne, przejrzyste niebo, choćby pozytywny widok przysłaniały Ci ciemne chmury. Nie przyjdzie na świat ponownie ktoś taki jak Ty. Nie będziesz miał szansy doświadczenia takiego życia po raz kolejny. Nie uważasz, że jest nawet lepiej niż w iluzorycznych snach? Choć nie możesz latać, nie jesteś zmuszony do egzystowania z obawą, że ktoś nagle obudzi Cię podczas chwili, na którą zasłużyłeś.
Wierzę, że właśnie Tobie się uda. Jeśli nie docenisz tego, co masz, nigdy się nie ułoży. Większość rzeczy jest ulotna, nikt jednak nie odbierze Ci uczuć, marzeń i wspomnień. Zapytasz pewnie jaką mają one wartość w porównaniu z papierowymi wizerunkami owianych nie zawsze zasłużoną chwałą władców naszej ojczyzny? Nie bój się planować nieosiągalnego, by móc dostrzec ich przewagę. 
Ja na przykład lubię patrzeć na siebie jako na przyszłą mistrzynię prozy poetyckiej. Gdy widzę kogoś intrygującego, umiejscawiam go w fabule moich przyszłych bestsellerów. Nie chcę być sławna ani obrzydliwie bogata. Pragnę tylko móc sięgać po zasługujące na docenienie albumy muzyczne, filmy, powieści i tomiki poezji. Zależy mi na odwiedzaniu teatrów i oper częściej niż kilka razy w roku. Chcę wychować nierozpieszczoną trójkę dzieci, którym nie będzie brakować tego, czego naprawdę potrzebują. Chcę wyjść za mąż z miłości, chcę całe życie płakać i śmiać się w otoczeniu bliskich mi osób. Chcę pomagać smutnym ludziom, opiekować się bezbronnymi zwierzętami. Jeździć konno, podróżować, zwiedzać i odpoczywać. Nie być ignorantem, lecz dobrym człowiekiem. Ot tak w pełni przeżyć tych kilka danych mi chwil. 
Nie bój się i Ty wykreować własnej sielanki. Nie wiadomo, czy chociaż jeden jej element pokryje się z rzeczywistością. Być może uważasz, że te naiwne, banalne frazesy, które tak często dziś Ci powtarzam są nieefektowne. Zobaczysz jednak, że ogromną radość sprawia już samo dążenie do postawionych sobie celów. Jak mówił Eduard Bernstein: "cel jest niczym, ruch jest wszystkim". Poczujesz się cudownie lekko nie użalając się nad sobą, wierz mi. 
Co powinieneś zatem uczynić? Zrób tak, byś lubił przebywać sam ze sobą, spędzać czas samotnie. W praktyce będzie to oznaczało, że jesteś dokładnie taki, jaki powinieneś być. Nawet jeśli nadal nikt tego nie doceni, nie przejmuj się - nie istnieje lepszy sposób osiągnięcia doskonałości. 
Możesz zanegować wszystkie stwierdzenia, które z taką pewnością zawarłam w dzisiejszym liście. Wyjętych z moich poprzednich wywodów cytatów przeczących niektórym wyrażeniom, świadczących tym samym o moim prawdopodobnym rozdwojeniu jaźni znalazłbyś mnóstwo. To nie jest jednak zaburzenie tożsamości, lecz zwyczajne ciągłe poszukiwanie. Jestem pewna jedynie kilku rzeczy. To one pozwalają nie utonąć pod wpływem zdradzieckich nurtów. Niczym Ariadna będą bez końca pomagać mi nie zgubić się, nawet jeśli moje życie nie zawsze przypominać będzie zawiły labirynt.

Z poważaniem,
Optymistka od święta

2012/11/20

some words will never be spoken


- To jest miejsce, gdzie wszystkie wołania wpadają do morza, bo nie sięgają dalej.
 
Na dnie morza widziałem leżące słowa, tysiące słów, wraki zdań, pytania i odpowiedzi,
 
które nigdy nie dotarły do celu... - wyjaśnił mors.
- Jakie to smutne! Cmentarzysko słów! - zawołała Mała Królowa.
 

Najgorsze w czytaniu jest to, że nigdy nie jest tak, jak byśmy tego chcieli. Irytują nas bohaterowie, którzy w najgorszych momentach robią najgłupsze rzeczy. Okularnica z aparatem ortodontycznym na zębach potyka się, wpadając na przyszłą królową balu otoczoną wianuszkiem służalczych, tanich kopii samej siebie. Gdy do mało rozgarniętej, nieśmiałej i oczywiście dobrze wychowanej dziewczyny podchodzi mężczyzna jej życia, ona nie wiadomo dlaczego ucieka nie wybąknąwszy ani słowa. 
Nie chcemy tego. Potrzebujemy wyidealizowanych postaci, którymi nigdy nie będziemy, lecz chcielibyśmy być. Nie podoba nam się kolor włosów i oczu, sposób ubierania się, wysławiania czy poruszania, schematy wplątane w powieści. My zaprogramowalibyśmy wszystko inaczej. Stworzylibyśmy świat, w którym byłoby możliwe to, czego nie możemy osiągnąć w realnym życiu. 
Czasem pozostają nam tylko marzenia, należy zatem wykorzystać szansę urzeczywistnienia tego, co pozornie znajduje się poza naszym zasięgiem. Światem idealnym dla nas możemy się przecież podzielić z kimś kreując samych siebie w inny, lepszy sposób. Delikatna, krucha, naiwna istotka nie zakocha się więc w niebezpiecznym, zabójczo przystojnym facecie, który nie może jej dać niczego prócz ironicznego uśmiechu. Wybierze ciepłego, będącego zawsze obok przyjaciela, który nie widzi świata poza nią i oddałby za jej szczęście wszystko. 
To jest twój moment. I będzie on trwał dopóty, dopóki w twej dłoni tkwić będzie połyskujące w świetle płonącej świecy pióro. Mniej sentymentalnym osobom wystarczy długopis czy ołówek, ewentualnie kawałki chłodnego plastiku pod palcami. Nikt nigdy nie stworzy za ciebie twojej własnej krainy, do której będziesz mógł uciec od wszystkich problemów i nieszczęść. Możesz żyć w sielankowej baśni, przepełnionym grozą thrillerze, wyciskającym łzy melodramacie. Możesz spokojnie utulić do snu, śmiertelnie przerazić, wzbudzić współczucie lub wzruszenie. Możesz wszystko. 
Żałuję każdego niedopowiedzianego słowa i każdej niedokończonej historii, na których wyjaśnienie się nie odważysz. Miej świadomość, że z twojego powodu cmentarzysko słów niepokojąco się rozrasta. 

some words will never be spoken
some stories never be told
this is the age you are broken
or turned into gold

Cytowane fragmenty pochodzą z powieści Antonii Michaelis pt. "Baśniarz".
Nie oczekiwałam wiele. Szukałam banalnej historii miłosnej, a znalazłam piękną, trzymającą w napięciu opowieść. Cieszę się, że należy ona do mnie i nie będę musiała z żalem zwrócić ją bibliotece. To książka z rodzaju niełatwych, tych, które siedzą w głowie jeszcze długo po niechętnym przewróceniu ostatniej kartki. Jeśli ten tajemniczy mętlik w głowie ulotni się choć częściowo i wrócę do przyziemnej rzeczywistości, jak zawsze po kontakcie z innym światem nic nie będzie takie samo.

2012/11/17

i'm still alive


Jestem na uwięzi. Jestem psem na łańcuchu, ptakiem w klatce, myszą złapaną w pułapkę, koniem idącym na rzeź. Niezależnie od tego, w którą stronę staram się zwrócić, metal szaleńczo trzyma mnie w duszącym uścisku. W momencie przypływu mych sił kruszy się, głęboko raniąc delikatne ciało. Niektóre drobinki rdzewieją, drażniąc się ze mną. Jakaś niezbadana siła sprawia, że się odradzają. 
Silne podmuchy przewracają mnie. Próbuję się podnieść, lecz mordercze błoto hamuje moje wysiłki. Pochłania mnie, wciągając coraz głębiej. Patrzę przed siebie, w niebo, nieważne gdzie, bo i tak nie mam szans. Sama nie wiem z czym walczę, przed czym uciekam. Usiłuję uwolnić się od Nieznanego, któremu oddają hołd wszystkie strzygi i upiory. 
W mojej głowie coraz większa pustka. Ostatnie zgniłe liście, gdyby tylko mogły, niepokojąco szumiałyby na porywistym wietrze. W oddali potwornie skrzypi negatywna energia. Instynktownie zamykam oczy, lecz wciąż widzę cuchnące sterty śmieci. Horyzont przysłaniają mi kłębiące się burzowe chmury i czarny dym. Ze wszystkich stron spoglądają na mnie karykaturalne twarze wygięte w szyderczych uśmiechach. 
Jestem padliną. Latają nade mną krwiożercze ptaki, okrążają moje myśli nierozerwalnym łukiem, zostawiając coraz mniej przestrzeni. Zniecierpliwione hieny czekają, aż się uduszę, aż wydam ostatnie tchnienie. Ostateczny upadek nie nadejdzie nigdy. 
Lepiej zostać niezrozumianym niż postąpić niegodnie z własnymi zasadami. Zawsze uważałam, że należy żyć tak, aby na naszą cześć stworzono kiedyś logo Google. Najzwyklejsze, z jakąś prostą animacją i fajną melodią. Wyświetlane w rocznicę naszych urodzin, nie śmierci. 
Całkowicie zmieniło się moje nastawienie do spraw, które wcześniej mnie absorbowały. Namnażają się mało rzeczywiste, nieokreślone koszmary. Przerażające widma podążają za mną krok w krok, przyjmując makabryczne postaci ze złych snów. Nie jestem z tego świata. Jestem na granicy, każdego dnia niebezpiecznie balansuję na krawędzi. Jestem tutaj sama. Nie ma nikogo, kto dzieliłby mój los. 
Nie było tak zawsze, lecz chyba już tak pozostanie. Nie ma kogoś, kto usłyszy, nie tylko wysłucha. Kogoś, kto wie, co się teraz ze mną dzieje, co powinnam zrobić, co dalej.
Wstanę. Zaścielę łóżko. Ubiorę się, zrobię coś, najpewniej bałagan. Posprzątam, by spojrzeć na osiadające kilka godzin później cząsteczki kurzu. Przygotuję składniki, stworzę coś jadalnego. Wszystko po to, żeby zjeść, pozmywać, pochować opakowania do szafek. Zrobię pranie, wyprasuję, by następnie poplamić ubrania i ponownie nastawić pralkę. Przebiorę się w piżamy, przykryję, zamknę oczy. Zasnę. Będę marzyć o butelkowo zielonej sukni do ziemi ze sztywnym gorsetem, idealnych skórzanych szpilkach i pojedynczej, niczym nie ozdobionej, herbacianej róży. 
Kilka godzin później znów wstanę. Wciąż to samo, od nowa, w nieskończoność. Kiedyś nie będzie nudno. Nie wstanę, nie posprzątam, nie zrobię prania, nie będę prasować ani marzyć. Nie będę potrzebowała jedzenia, sukienek, szpilek ani kwiatów.


2012/11/13

Rzezipospolita muzycznie


Miało być jak zwykle o mnie. O moich marzeniach, idealnym materializmie, odrobinę filozoficznie.
Chciałam się trochę powynurzać, lekko moralizować. Będzie jednak inaczej. Będzie bardziej wyjątkowo.

Przystojny niebieskooki mężczyzno, który skradłeś me serce swym ciepłym, niskim głosem -

dziękuję, że odciągnąłeś mnie od fizyki. To wszystko dla Ciebie i dzięki Tobie.

Bartosz Porczyk, polski aktor teatralny i filmowy, który kilka dni temu skończył 32 lata. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, związany z Teatrem Polskim we Wrocławiu.
Chociaż większość z was kojarzy go zapewne głównie z serialem "Barwy Szczęścia", dzisiaj postaram się to zmienić.


SPRAWCA
Premiera debiutanckiej płyty Bartka miała miejsce 12 kwietnia ubiegłego roku. Dowiedziałam się o jej istnieniu dopiero niedawno. Okazała się ogromnym szokiem artystycznym, o którym nie umiem zapomnieć nawet na minutę. Nie potrafię opisać pospolitymi, nieidealnymi słowami, jak piękna jest każda z jedenastu piosenek. Cieszy mnie fakt, że pomimo moich trudności w wyborze konkretnych, najbardziej urzekających utworów, każdy z pewnością okaże się strzałem w dziesiątkę i zachęci was do zapoznania z pozostałymi.


Mój sprawca zmienia twarze. Jest kucharzem, dilerem, agitatorem, ojcem, panią za ladą, śmierdzącym leniem, któremu nie chce się ruszyć z miejsca i zacząć żyć. Jest wszystkim tym czym się otaczamy, co tworzymy, co niszczymy, w co wierzyć nie potrafimy, czego się wstydzimy. Nie chcę oceniać go w kategorii złe czy dobre. Przypatruję mu się, czasem głaszczę po głowie, a on wtedy uśmiecha się do mnie pobłażliwie i wyrozumiale, jak rodzic.

Na początek "Rozczulanka", pierwsze dzieło Porczyka, z którym miałam przyjemność się zapoznać. Pozornie wycisza, koi i uspokaja, lecz jedynie wówczas, gdy nie wsłuchamy się w słowa. Wtedy odczujemy ból, smutek i poruszające cierpienie na wieść o tym, że Calineczek nigdy nie przyjdzie na świat.

  

Współczesna rzeczywistość to czasy konsumpcjonizmu, w których wszechobecne są kwestie popkulturowości i choroby show-biznesu. Artysta żartobliwie ośmiesza masowe gusty, jednocześnie je zaspokajając i pozostając krytycznym wobec samego siebie. W chaotycznych utworach zawiera słodko-gorzkie refleksje, uwikłany w ślepe społeczeństwo tęskni za prawdziwym człowieczeństwem.
Abym rozpoznać mógł siebie, winien ktoś puder mi zmazać, bym zza kotary swych zmarszczek mógł nagą potwarz ukazać. Ten zaś, kto myśli: "Bóg to jest aktor i rajem są Jego gaże" niechaj spróbuje ponosić na swojej Jego twarze.


Na koniec chciałabym przedstawić wam jeszcze jeden, bardziej energiczny utwór ze spokojnym refrenem i elementami elektronicznych brzmień. Myślę, że oddaje on najlepiej klimat całej płyty, która jest niełatwa w odbiorze i skłania do przemyśleń. Liryczność tekstów, ich perfekcyjnie dopracowane interpretacje i niebanalna muzyka składają się na swoiste katharsis, którego oczekuję od sztuki.
Ja nie oceniam, ja nie przeceniam, nie doceniam. Ja wszystko robię, ja wszystko robię od niechcenia.


Ktoś w recenzji owej płyty napisał: "Porczyka określam mianem męskiej wersji Marii Peszek, tyle, że uderza po pysku mocniej. Dla mądrych słuchaczy, wymagających i odpornych psychicznie". Podpisuję się pod tym jedynie częściowo, ponieważ, chociaż Bartosz także szokuje, jest dla mnie czymś więcej niż udaną kopią Peszkówny.

Nie trzymam go na łańcuchu. Nie odbieram głosu. Użyczam swojego. Oczywiście akt tworzenia bardzo mocno wpisany jest w rejestr jego czynów. Wyjmuję sny z jego głowy. Nie mogę się im nadziwić. Namawia mnie do wejścia w swój świat, ale pozostawia wolny wybór i nigdy nie zamyka drzwi... i szepcze, że są takie godziny, w których budzi się w nas... on. I nie umiem już go odrzucić.
Żałuję, że tak trudno jest dotrzeć do mało popularnych wokalistów. Chociaż jestem wielką fanką alternatywnej, undergroundowej twórczości, zastanawia mnie, jak wiele znajduje się na naszym ojczystym rynku muzycznym takich perełek jak Bartek. Diamentów, które tylko czekają na oszlifowanie. Co należy zatem zrobić? Z pewnością zapoznać się ze "Sprawcą", a później wybrać do Empiku, ponieważ ten album to jeden z najbardziej fosforyzujących must have.

2012/11/10

you know I read it in a magazine


Od teraz będzie inaczej, gdzieś w środku zaszła pewna zmiana. Wystarczy już tylekroć powtórzonych "nie wiem", nadeszła epoka absolutnego "mam pewność". Stwierdziłam, jakże odkrywczo, że muszę wreszcie wziąć się za coś konkretnego. Dosyć użalania się nad sobą, wmawiania, że nie wiem, czego mi trzeba, a w każdym zaułku czai się kleisty, smolisty pech. Koniec nie przynoszącego żadnych skutków wyrzucania z siebie samych negatywów, notabene w najmniej odpowiednim do tego miejscu. Nie to chciałabym przekazywać innym ludziom - ja i uśmiech numer 1 (znany wszystkim jako krzywy, agatkowy grymas twarzy). Mój fiolet nie powinien przygnębiać, lecz wzmagać kreatywność. 
Szczerze? Potrzebuję katharsis w postaci idealnego koncertu. Zrobiłabym wszystko, by znaleźć się w tłumie ludzi o podobnej wrażliwości, zamknąć oczy i wsłuchać się w szczęście w postaci elektryzujących melodii i ciepłego głosu. Najlepiej zrobiłby mi bardzo kameralny, emocjonalny występ, ale póki co pozostaje to w sferze odległych, mało realnych marzeń. Niestety, Ci, na których najbardziej mi zależy, mają w zwyczaju szerokim łukiem omijać Podkarpacie. 
Czuję się żywcem wyjęta z romantyzmu, nie tylko dlatego, że tak długo męczymy w szkole tę epokę, pełną prawdopodobnie wszystkich istniejących odcieni miłości i wrażliwości. Zazdroszczę tym, którym przyszło żyć w rzeczywistości nieco bardziej wyjątkowej niż pospolicie nudny, przewidywalny postmodernizm, będący niczym więcej niż mdłą kontrowersją, nieustanną manipulacją i oślepiającymi bestsellerami. O wiele łatwiej było ściśle przestrzegać jednej filozofii, być jej wiernym niezależnie od okoliczności, bezpiecznie tłumaczyć sobie wszystko zawsze w ten sam sposób. Nam brak jakiejkolwiek pewności, współczesny świat jest dziwnie obcy, zimny i ciemny, mało bliski. Każdemu z nas daleko do innych, a jeszcze dalej do siebie.




she's got electric boots a mohair suit
you know I read it in a magaziiine, ooh
B-B-B-Bennie and the Jets!

2012/11/09

anything wanted dead or alive


Ostatnio tak dużo się dzieje, że nie mogę sobie przypomnieć, jak było kiedyś. To takie dziwne, jakiś czas temu robiłam, czułam i pragnęłam czegoś innego, na czym innym mi zależało. Potrafiłam docenić najlżejszy uśmiech, namiastkę dobra. Z wiekiem oczekiwania wzrosły, każde wspomnienie przywołuje niedocenianą niegdyś beztroskę, każdy kolejny dzień obarcza rosnącym ciężarem bagażu doświadczeń. 
Czasami żałuję, że istnieje pamięć. Czyż nie łatwiej byłoby żyć chwilą, każdego dnia lepiej, od nowa, bez tych wszystkich wiążących myśli i krępujących wolność słów emocji? Bez większych sukcesów, ale także bez porażek, inaczej niż wieki temu zechcieli ludzie nic o nas nie wiedzący, bezrefleksyjnie godząc się na katastroficzny w skutkach rozwój. 
Boję się poczuć szczęśliwa, bo wiem, że gdy tylko dreszcz optymizmu przebiegnie przez moje ciało, zaraz figura zbudowana z naiwnych nadziei i pięknych marzeń popęka, rozsypie się, zamieniając w zbudowaną z gruzu wieżę melancholii. Nie chcę znów poczuć druzgocącej bezsilności, mam dość końców, które mają nadejść, po raz kolejny ostatni raz. 
Powinna istnieć jakaś granica, maksymalna liczba rzeczy, która może w danym czasie pójść nie tak, rygorystycznie przestrzegana przez los. Zbyt często wszystko bez powodu trafia szlag, dla zasady, całkowicie bezmyślnie. 
Jest tak chaotycznie, nie umiem uporządkować, bezpiecznie zaszufladkować otoczenia. Jeszcze niedawno przychodziło mi to z łatwością, wiedziałam abstrakcyjne wszystko.
A teraz? Nie tylko nie wiem, jak się czuję,  ale nie mam także pojęcia, jaka naprawdę jestem - czyli jakie zdanie mają o mnie inni. Bo przecież... co my możemy wiedzieć na swój temat?

z rozmyślań przy (wieczornym) śniadaniu


2012/11/01

i'm on fire


Muszę was zmartwić - nasze istnienie nie jest niczym wyjątkowym. Stanowi zaledwie kroplę wody. Prześcigamy się w wymyślaniu coraz to nowszych koncepcji tego kto, gdzie i po co trzyma strzykawkę zawierającą miliony dusz. Zastanawiamy się także, jak długo jeszcze będzie to robił, szukamy bezsensownych nazw, wygodnego wytłumaczenia, zabezpieczenia na starość, uzasadnienia braku refleksji. Nie potrafimy jednak określić tego jednoznacznie. Sami skazujemy siebie na zależność od treści pozbawionych wartości myśli, jesteśmy poddanymi własnych nieprzemyślanych idei. 
Zejdźmy jednakże na ziemię. Być może jesteśmy wytworem zwykłego nimbostratusa albo cumulonimbusa? Spływamy po szybie nierozważnie, na wieki w nią wsiąkając. Niektóre krople łączą się w większe skupiska, dzięki czemu pozornie łatwiej jest im przetrwać, nie poddać się. Szkło rzeczywistości jest niesprawiedliwe, dla każdego nachylone pod innym kątem, mniej lub bardziej nierówne i szorstkie. Uciekamy przed żarem ognia, by nie wyparować, nie zniknąć przedwcześnie, pozostawiając po sobie odrobinę syczącej pary. Każdy z nas z inną prędkością zmierza ku płomieniom. Niczym głupcy oszukujemy się, że da się z tym walczyć, zmienić tor na dłuższy i mniej zdradliwy. Należy jednak zaakceptować własny i liczyć na łut szczęścia. Sama nie wiem, dużo to czy mało? 
Módlcie się o niewiadome.



Kochanie, więc spiesz się, spiesz, bo życie tak krótkie jest
i zamiast dalej tak tonąć wolę choć raz w swoim życiu spłonąć...