2012/10/16

a pure drop in an ocean of noise


Chociaż egzystuję niczym futrzana kulka z kubkiem gorącego kakao, to są takie dni, kiedy motywuje mnie nawet senny deszcz. Jednostajny szmer dochodzący zza czekoladowych rolet tak przyjemnie uspokaja, ułatwia niepoprawnej, pracoholicznej pedantce zamknięcie oczu i beztroski relaks pomimo wielu niedokończonych spraw. 
Choć żałuję, że nie chronię się teraz przed porywistym wiatrem w przytulnym górskim schronisku, to z mojej twarzy nie schodzi uśmiech. Czuję, że odzyskałam władzę nad słowami opierającą się na szacunku, nie tyranii. Mam wrażenie, że litery same układają się w mojej głowie w odpowiedni sposób. Jestem im za to niezmiernie wdzięczna. To taka miła odmiana, przecież jeszcze niedawno czułam, że nie zostałam stworzona do bycia stworzoną. 
Codziennie dowiaduję się wielu dziwnych rzeczy na swój temat. Trochę mnie to śmieszy, nikt przecież nie wie najważniejszego, nie ma pojęcia, że portfel nie jest miejscem na dokumenty i pieniądze. Nikt nie zrozumie, że największą wartość mają kolorowe karteczki ze strzałką, godziną i datą, oznajmujące, że Wrocław jest miastem spotkań. 
Stworzone dokładnie po to, aby podnosić mnie na duchu, jedne z niewielu rzeczy, która pomagają mi nie zwariować, nie zapomnieć o tym, że już niedługo się stąd wyrwę. Z każdym dniem coraz ciężej jest myśleć mi o tak przyziemnych sprawach jak nauka, szkoła, obowiązki przeciętnej (?) licealistki. Jestem zmuszona kurczowo trzymać się czegoś, co nie daje mi szczęścia, zabiera czas uniemożliwiając duchowy rozwój. Być może to tylko przerost ambicji, chwilowe przejęcie kontroli nad moim umysłem przez piękne marzenia o wyidealizowanej przyszłości. Mam przecież świadomość, że będzie cholernie ciężko, że tylko nielicznym uda się coś osiągnąć w wybranej przeze mnie drodze. No i co z tego? To jedynie dodatkowa, mocniejsza motywacja, by konsekwentnie dążyć do postawionego sobie celu. 
Nic nie powstrzyma mnie przed tęsknotą za Mysłowicami, Indiami, Chinami i Japonią, za Kubą, Irlandią i Tyulenovo. Chciałabym urodzić się wcześniej, poznać Jeffa Buckleya i Layne'a Staleya, stać w tłumie ludzi pod sceną na Pinkpop '92. Pragnę w tylu miejscach pozostawić swoją cząstkę, nieustannie poszerzać swe horyzonty, przekazywać innym za pomocą prozy to, co wynoszę z niekończącej się podróży mojego życia. 
Poszukiwać, patrzeć, odczuwać, i pisać, doświadczać, zamykać oczy i słuchać
- tylko tyle potrzeba mi do szczęścia.


stars are falling for us


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz